Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza w Gdyni
Logo Teatru Miejskiego w Gdyni

Wykład Tadeusza Nyczka

W przeddzień premiery, w piątek 6 lutego o godz. 18.00 – wesołą belferską metodą o „Matriksie Stanleya” opowiadał Tadeusz Nyczek, uznany krytyk i teoretyk teatru, wykładowca w szkołach teatralnych, autor m.in. słynnego "Alfabetu teatru dla analfabetów i zaawansowanych".


Tadeusz Nyczek

MATRIX STANLEYA

Wszystko w tej sztuce na pozór wydaje się zwyczajne. Zwykły pensjonat letni gdzieś nad morzem, prowadzony przez parę starszych ludzi, Petera i Meg. Mają tylko jednego lokatora, niejakiego Stanleya. Kiedyś był pianistą, raczej nieudanym, teraz od dawna jest bez pracy. Ma za to sporo pretensji do świata i dosyć wygórowaną opinię o sobie. Pojawiają się dwaj nieznajomi rzekomo szukający przyzwoitego pensjonatu. Stanley jakby przeczuwał ich przybycie; oświadcza Meg (trochę mu matkującej, trochę z nim flirtującej), że podobno kogoś szukają. Przybysze urządzają Stanleyowi dziwne przesłuchanie, oskarżając go o najdziwniejsze rzeczy. Meg rzuca mimochodem uwagę, że Stanley ma właśnie urodziny (choć on sam zaprzecza); obaj mężczyźni podchwytują temat i organizują improwizowane przyjęcie, skądinąd wyłącznie alkoholowe. Przychodzi młoda sąsiadka, udająca niewinną panienkę, którą emabluje starszy z przybyszów. Niewinna zrazu zabawa z półpijackiej ciuciubabki przeradza się w małe piekło. Stanley umyślnie? przez przypadek? omal nie dusi Meg. Młodszy z gości łamie mu okulary. Następnego dnia rano Stanley przypomina skrzyżowanie klowna z manekinem, jest dziwacznie ubrany i tylko bełkocze. Obaj mężczyźni obiecują mu nowe, lepsze życie, wyposażone we wszystko, co potrzebne „dobremu członkowi społeczeństwa”, po czym wyprowadzają go do samochodu i odjeżdżają. Życie w pensjonacie poniekąd wraca do normy, czyli banalnej wymianie zdań między Peterem i Meg. Tyle że już bez Stanleya.
Sztuka jest niby realistyczna, ale spoza słów, gestów i sytuacji wciąż wyzierają dziwne niekonsekwencje, zaskakujące zwroty akcji nie podlegające wytłumaczeniu. To, co na pierwszy rzut oka wygląda na porachunki gangsterskie (być może Stanley coś w przeszłości zmalował i ukrył się w odległym zakątku kraju, a teraz go znaleźli?) – okazuje się... właśnie, czym? Prostą karą za nieznane przestępstwo? Ale co to za kara: złamanie okularów? Postraszenie idiotycznym niby-przesłuchaniem, z którego nic nie wynika – może poza przebraniem „oskarżonego” w błazeński garnitur? Więc może jest okrutną zabawą w kotka i myszkę z kimś psychicznie słabszym i przegranym? Albo próbą nawrócenia outsidera na ścieżkę „słusznego życia” w porządnym społeczeństwie? A może, zaryzykujmy, jest tylko sennym koszmarem, zmaterializowanym urojeniem, projekcją udręczonej wyobraźni bohatera prześladowanego ni to przez wyrzuty sumienia, ni to obsesje wynikłe z „grzechu” spapranego życia? A wreszcie – czy Stanley-klown z finału sztuki to jeszcze ktoś realny – czy już trupia zjawa, widzialny duch kogoś niedawno zamordowanego?
Wszystkie odpowiedzi są możliwe. Urodziny Stanleya to trzecia napisana, a pierwsza pełnospektaklowa sztuka Pintera, najwybitniejszego dramaturga angielskiego ostatniego półwiecza. Typowa dla jego pisarstwa, pełnego mroków, dwuznaczności i pomieszania realnego z nadrealnym. Kojarzono go z Kafką (kłania się zwłaszcza Proces), z Beckettem, możemy dorzucić Huxleya (Nowy wspaniały świat) i Orwella (Rok 1984) z ich koszmarami równoległych, „matrixowych” rzeczywistości. Słusznie i niesłusznie. Pinter stworzył własny, oryginalny świat, w którym po prostu nie ma nic pewnego. Dziś jemy łazanki na kolację, oglądamy kolejny odcinek ulubionego serialu, a na drugi dzień rano puka do naszych drzwi kilku panów ubranych na czarno. Czasem zdążymy poprosić o pójście do łazienki. Niektórzy zabierają szczoteczkę do zębów. Inni strzelają sobie w serce…