Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza w Gdyni
Logo Teatru Miejskiego w Gdyni

Wykład

"Woyzeck, czyli nieudany eksperyment naukowy" -
profesor Anna Kuligowska-Korzeniewska, wykładowca Akademii Teatralnej w Warszawie i Uniwersytetu Łódzkiego.


Od dawna niepokoi mnie ten dramat. Dzieło ledwie 22-letniego autora, napisane w latach 1835-1837, dopiero w XX wieku znalazło wnikliwych interpretatorów i utorowało sobie drogę do teatru, opery, filmu. Co jest w nim tak niezwykłego, że wyrasta ponad swój czas i pozwala wciąż pytać o granice człowieczeństwa?
Trzeba oczywiście zacząć od tytułowego bohatera. Bo kim jest Woyzeck, że chcemy go traktować jako współczesnego everymana? Georg Büchner kazał mu być fryzjerem wojskowym, golibrodą, tym samym człowiekiem niskiego stanu i z tej racji ciągle pogardzanym.
Ale to upodlenie Woyzecka mogłoby wywołać w nas co najwyżej współczucie dla jego losu. To przecież jeden z moralnych obowiązków sztuki: nagradzać poniżonych i karać prześladowców.
Utwór Büchnera jest jak najdalszy od takiego melodramatycznego schematu. Poddaje on bowiem naszego bohatera, a ściślej jego ciało naukowemu eksperymentowi. Przeprowadza go Doktor, kontrolujący wszystkie odruchy fizjologiczne Woyzecka. Ten jednak, wbrew zaleceniem „szczał na ścianę jak pies” i na dodatek bronił się słowami: „Cóż robić, panie doktor, jak kogo natura przyprze”. Wówczas Doktor wykrzykuje z furią:
Natura przeprze, natura przeprze! Natura! Czyż nie dowiodłem, że musculus constrictor vesicae [mięsień zwieracz pęcherza] podlega woli? Natura! Woyzeck! Człowiek jest wolny! W człowieku indywidualność dojrzewa do wolności! Moczu nie może utrzymać? Tylko groch, tylko strączkowe owoce, do kroćset, niech on sobie zapamięta! Będzie przewrót w nauce – rozbiję ją w puch. Mocznik 0,10, salmiak, heperoxyd – Woyzeck, czy on mógłby się teraz wyszczać? Niech on tam wejdzie i spróbuje!
Ten wychodzący wówczas poza wszelkie kanony obyczajowe i estetyczne program badań przewiduje jeszcze wystawianie nosa na słońce „aby promienie słoneczne mogły wpadać do dziurek i abym mógł obserwować proces kichania”. Nadto uwzględnia ścisłą kontrolę pulsu, aby wyciągnąć stąd wnioski nie tylko natury fizjologicznej lecz i psychologicznej.
Możemy wzruszyć ramionami nad przybranymi w rygory rozumu szaleństwem Doktora, ale nie możemy uwolnić się od myśli, że to skarykaturyzowany autoportret samego Büchnera. Autor Woyzecka był przecież z wykształcenia i ambicji przyrodnikiem. W marcu 1836 roku, a więc w czasie, w którym zapewne rodził się dramat pisał do rodziny: „Będę z największym natężeniem zajmować się studiami medyczno-filozoficznymi; na tym polu można jeszcze wiele dokonać”. Jak wiadomo, praca doktorska Büchnera tyczyła systemu nerwowego ryb, zaś pierwszy uniwersytecki wykład miał za temat unerwienia czaszki. Büchner wyznawał przyrodniczy materializm, występował przeciwko wszelkim dogmatom, był konsekwentnym deterministą.
Jak z tej perspektywy przedstawia się Woyzeck jako przedmiot obserwacji medycznej? „Bardzo z niego interesujący okaz” – konstatuje Doktor, gdyż wedle niego fryzjer objawia „abberatio mentalis partialis” czyli częściowe zaburzenie umysłu. Do tej diagnozy upoważniają go opowieści Woyzecka, jak na przykład ta:
Gdy słońce stało wysoko i było tak, jakby świat palił się w ogniu, przemówił do mnie jakiś głos straszny (kładąc palce na nosie). Bedłki, w tym cała rzecz! Czy pan widział kiedy, jak na ziemi rosną bedłki i układają się figury, w tym coś jest, tak – gdyby to mógł ktoś odczytać!
To co odczytuje Doktor, jest zawsze opaczne, choć prowadzi przecież nad Woyzeckiem długotrwałe studia. Oto jak na przykład wyjaśnia studentom stan umysłu Woyzecka, gdy ten uskarża się, że się trzęsie, że mu „całkiem ciemno”:
Moi panowie, to zwierzę nie posiada ani odrobiny zmysłu naukowego. W zamian za to możecie obejrzeć coś innego. Widzicie tego człowieka! Od kwartału nie jada on nic oprócz grochu! Zauważcie, proszę, skutek – zbadajcie tylko ten nierówny puls, a potem oczy! [,,,]. A więc, moi panowie – oto pewnego rodzaju forma przejściowa do osła. Często spotykana również dzięki wychowaniu kobiecemu i mowie rodzinnej! Ile twoja matka z wielkiej czułości powyrywała ci włosów na pożegnanie? Co za rzadzizna! A może to tak dopiero od kilku dni, czy to nie wskutek grochu? Tak, moi panowie, groch, groch!
To, że nierówny puls Woyzecka jest rezultatem najgłębszego zranienia jego duszy, objawem cierpienia i rozpaczy, gdy dowiaduje się o zdradzie Marii – w ogóle nie przychodzi Doktorowi do głowy. Odmawia bowiem temu „zwierzęciu” jakichkolwiek wyższych uczuć: miłości, przywiązania, godności. W tym sensie Woyzeck nie ma „odrobiny zmysłu naukowego”. A przecież to co czyni, jest głęboko ludzkie, choć zarazem ciężko rani nasze poczucie moralne. Zabija Marię nożem i sam szuka ukojenia, topiąc się w stawie. Nic nie budzi takiego przerażenia, jak finalna konstatacja Policjanta:
Dobry mord, prawdziwy mord, piękny mord. Tak piękny, jak tylko wymarzyć sobie można. Już dawno nie mieliśmy równie pięknego.
Jak należy to rozumieć? Jako bunt rewolucjonisty Büchnera – jak chcieli marksiści – przeciwko ówczesnym stosunkom, a zwłaszcza nierówności społecznej? Jako demaskację fałszywej moralności otoczenia? Skąd się wziął sąd, że Büchner odrzucając stosunki społeczne poszukiwał ukojenia w naturze? Przecież w naturze, co Büchner musiał zauważyć, działa bezlitosne prawo silniejszego. Właśnie ofiarą tego prawa padł Woyzeck. Gdy pragnął odzyskać Marię, jej kochanek Tamburmajor pobił go do krwi i zagroził: „Zostawić ci tyle tchu, żebyś miał czym pierdnąć przed śmiercią? Zostawić?”


Ta wzięta z życia historia jest czymś więcej niż klinicznym studium zazdrości. Mówi także o znikomości jakichkolwiek racjonalnych działań. To w usta pośledniej postaci swego dramatu, Pierwszego czeladnika, Büchner wkłada najbardziej ironiczne a zarazem okrutne rozważania „po co jest człowiek?”
... dobrze jest, jak jest, z czegóż bowiem żyć by mieli chłop, bednarz, szewc, doktor, gdyby Pan Bóg nie stworzył człowieka? Z czegóż żyłby krawiec, gdyby to on nie zaszczepił był ludziom uczucia wstydliwości? Z czegóż żołnierz, gdyby nie wyposażył człowieka w potrzebę zabijania? Dlatego nie upadajcie na duchu, najmilsi, tak! tak! Wszystko jest milusie i rozkoszne...