Anna Jazgarska

Gęś na plaży

www.teatralny.pl, 2014-07-07

Twórcy "Jeszcze bardziej Zielonej Gęsi", przedstawienia, które premierowo pokazano w ostatni piątek czerwca na Scenie Letniej Teatru Miejskiego w Gdyni, sporo zaryzykowali.
Reżyser spektaklu – Jarosław Kilian – już raz zmierzył się z dramatycznymi miniaturami Gałczyńskiego. W 2000 roku na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego w Warszawie pokazał Zieloną Gęś: świetny spektakl, znakomicie przyjęty przez widzów i krytykę, z niezapomnianą Ireną Kwiatkowską w roli Hermenegildy Kociubińskiej. Jeszcze bardziej Zielona Gęś – wedle słów reżysera – to niejako sequel warszawskiego przedstawienia z 2000 roku, uzupełniony o nowe teksty Gałczyńskiego, przekazane twórcom przez córkę poety, i nowe piosenki, skomponowane specjalnie na potrzeby spektaklu przez Grzegorza Turnaua. Z sequelami zaś – jak wiadomo – bywa różnie, zazwyczaj jednak kojarzą się one z wydarzeniami o dość wątpliwej jakości artystycznej, próbującymi za wszelką cenę (i zazwyczaj z marnym skutkiem) powtórzyć sukces pierwowzoru. Na szczęście tego sequela ta mocno zakorzeniona w powszechnej świadomości – bo też posiadająca solidne ku temu podstawy – zasada nie dotyczy. "Jeszcze bardziej Zielona Gęś" to błyskotliwe, bardzo dobrze skonstruowane i szalenie zabawne przedstawienie „najmniejszego teatrzyku świata”.

Rozpoczynające się "Ośmioma dniami stworzenia" przedstawienie stanowi (uzupełniony piosenkami) ciąg scenek i skeczy, wybranych z pokaźnego zbioru stworzonych przez Gałczyńskiego miniaturowych utworów. W rezultacie otrzymujemy prawie dwugodzinny seans najprzedniejszej rozrywki, łączącej dowcip najwyższej klasy, absurd, groteskę, nadrealizm, nawet makabrę. Mistrzostwo tekstów Gałczyńskiego leży jednak nie tylko w umiejętności żonglowania wysublimowanym i bardzo specyficznym poczuciem humoru, lecz także w demaskatorskich możliwościach "Teatrzyku Zielona Gęś". Oparte na językowych grach, eksploatujące wieloznaczność słów i popularnych frazeologizmów, a także zręcznie operujące nonsensem teksty Gałczyńskiego odkrywają nasze narodowe przywary, przyzwyczajenia i upodobania. Jarosław Kilian umiejętnie z tych dobrodziejstw korzysta. Ogromną zaletą jego spektaklu jest fakt, iż oparł się on pokusie „unowocześniania” tekstów Gałczyńskiego, co mogłoby przecież prowadzić w stronę taniej kabaretowości. Owszem, pewnych zmian dokonano, mają one jednak bardzo subtelny, mało inwazyjny charakter, jak wprowadzenie hasła „pin i zielony” w Dziwnym kelnerze, co w tym przypadku tylko (i aż) potęguje komiczny wymiar „restauracyjnej sytuacji”.

Utwory, które składają się na "Jeszcze bardziej Zieloną Gęś", tworzą wspólnie przedstawienie doskonale oddające charakter cyklu „pod wezwaniem”, pożartego przez koty i zmartwychwstałego zielonego ptaka. W przedstawieniu Kiliana mamy i elementy makabreski (wspomniany już Dziwny kelner czy Wesele na Kurpiach), i groteski (Cztery piosenki o przedmiotach codziennego użytku), ale też i fragmenty przepojone szczególnego rodzaju kombinacją nostalgii, oniryzmu i subtelnej ironii (słynna Zaczarowana dorożka). Spektakl Jarosława Kiliana bardzo dobrze obrazuje literacką żywiołowość minidramatów Gałczyńskiego: zaskakujące puenty, przekorność i swoistą złośliwość w obchodzeniu się z poszczególnymi bohaterami, nieustanne i bardzo ironiczne kwestionowanie artystycznych, kulturowych, historycznych i obyczajowych schematów.

Usytuowanie Sceny Letniej Teatru Miejskiego (plaża w gdyńskim Orłowie), barwne, nawiązujące do powojennej mody kostiumy i scenografia odsyłająca do surrealistycznych obrazów René Magritte’a (jej autorem jest sam reżyser) – wszystko to sprawia, że "Jeszcze bardziej Zielona Gęś" to bardzo sycąca uczta dla oka. Twórcy spektaklu doskonale wykorzystali specyfikę Letniej Sceny i jej aranżacyjne możliwości. Usytuowana na piasku konstrukcja stanowiła tło, które wielokrotnie uwypuklało nadrealny charakter poszczególnych scen, tworzyło wyjątkowy klimat, odrywający momentami całkowicie od otaczającej rzeczywistości. Są w przedstawieniu Kiliana sceny-obrazy, które właściwie funkcjonują poza słowem, tworząc odrębną znaczeniowo jakość: jak spacer dwóch sióstr, Śmierci i Nocy, czy wylewająca iskry pompa z onirycznej Ballady o samotnej pompie. Kolorystyka scenografii i krajobrazu, pośród którego usytuowana jest Scena Letnia – zdominowana przez błękit – w połączeniu z barwnymi kostiumami bohaterów i czernią garniturów obsługi technicznej spektaklu dawała momentami efekt wręcz baśniowy.

Grzegorz Turnau, twórca muzyki do spektaklu, stwierdził, że jego intencją było stworzenie kompozycji momentami pastiszowej i wodewilowej. W rezultacie muzyka w Jeszcze bardziej Zielonej Gęsi bardzo dobrze współgra z tym, co dzieje się na scenie, i świetnie oddaje specyficzny charakter teatrzyku Gałczyńskiego. Śpiewane przez aktorów piosenki po pierwsze brzmią przebojowo, po drugie zaś – tworzą niejako odrębną i wyrazistą przestrzeń w spektaklu Kiliana, która jednak dopasowuje się doskonale do pozostałych struktur przedstawienia.

"Jeszcze bardziej Zielona Gęś" przypomniała, jak duży potencjał komediowy i wokalny tkwi w zespole Teatru Miejskiego w Gdyni. W przedstawieniu występuje aż siedemnastu aktorów i widać, że wszyscy oni w świecie Gałczyńskiego czują się nadzwyczaj dobrze. W spektaklu zwracają uwagę zarówno role większe – znakomicie śpiewająca Dorota Lulka jako Hermenegilda Kociubińska, Mariusz Żarnecki w roli Profesora Bączyńskiego, bardzo zabawny Szymon Sędrowski jako Gżegżółka czy Elżbieta Mrozińska w roli Zielonej Gęsi, jak i te mniejsze – rzadziej pojawiający się na scenie Osiołek Porfirion (Rafał Kowal) czy Pies Fafik (Bogdan Smagacki). Właściwie każdy z aktorów ma w przedstawieniu Kiliana momenty świetne i zasługujące na uznanie, jednak do moich faworytów należą Beata Buczek-Żarnecka w roli Śpiewającej Kelnerki, Monika Babicka jako Pysia i Maciej Wizner, czyli Szapurski Zbyszko – Dziwny Kelner z jego udziałem to według mnie jeden z najlepszych fragmentów przedstawienia.

Jarosław Kilian powrócił do Gałczyńskiego i jest to powrót w bardzo dobrym stylu.