Katarzyna Fryc

Polska prapremiera "Dnia świra" w Teatrze Miejskim

Gazeta wyborcza, 2006-02-20

Zdziwiłabym się bardzo, gdyby spektakl "Dzień świra", który w piątek po raz pierwszy wystawiono w Teatrze Miejskim w Gdyni, miał jakiekolwiek kłopoty z frekwencją.

Na premierę szłam w minorowym nastroju. Nie podzielam zachwytów nad filmem Marka Koterskiego, uważam, że ciąży na nim grzech spalenia ciekawego tematu i schlebiania pospolitym gustom pod pozorem artystycznej wypowiedzi, która ma podobno portretować wypaloną osobowość polskiego inteligenta. Filmowa historia o Adamie Miauczyńskim nie śmieszyła mnie, nie przejmowała ani nie brałam jej za swoją. Nadęta z jednej strony, rubaszna - z drugiej. Dobra aktorsko i nic więcej - oto moje zdanie.

Tomasz Man, reżyser gdyńskiego spektaklu, uważa jednak tekst "Dnia świra" za wybitny, mówi, że to druga "Kartoteka". Rozpływa się nad jego intelektualnym ładunkiem, wielowymiarowością i poetyką. To tylko pogłębiło mój niepokój.

Piątkowy wieczór. Mijają kolejne minuty i wnikam w tę historię. Wchodzę w konwencję, choć w tekście Koterskiego częściej niż przecinki pojawiają się słowa powszechnie uznane za obelżywe. Spektakl ma rytm "Lokomotywy" Tuwima - przyspiesza coraz bardziej i doskonale trzyma tempo. Każda stacja na drodze sfrustrowanego polonisty ma swój wyraźny koloryt. Kolejny przystanek, wyznaczany minietiudą aktorską w wykonaniu Beaty Buczek-Żarneckiej (która gra czternaście ról kobiecych, w sumie pokazuje się w ponad dwudziestu epizodach!) albo Piotra Michalskiego ("tylko" dziesięć ról męskich - od ucznia po starca), wart jest komplementów (podobnie jak reżyserski zamysł, by tak ustawić obsadę). To oni dają przedstawieniu nerw i nieprawdopodobny ładunek humoru - gdyńska wersja "Dnia świra" to spektakl, na który przychodzi się z chusteczkami, bo człowiek płacze ze śmiechu. Buczek-Żarnecka i Michalski przepoczwarzają się w sposób niewiarygodny: ona raz jest zrzędliwą staruszką (matką bohatera), za chwilę durną blondynką z reklamy szamponu, moment później zawodzącą starą Chinką od medycyny naturalnej. Michalskiego zapamiętam do końca życia jako sepleniącego hydraulika Rączkę, który ma własną teorię na każdy temat: od zgonów na skutek ucisku skarpety po mozolnie przemyślaną kwestię "skąd wracają Litwini?". Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak się śmiałam w teatrze.

Mam wiele uznania dla Tomasza Mana za to, że skracając tekst Koterskiego o połowę i narzucając przedstawieniu lekką konwencję, uczynił zeń świetną komedię. I choć w zainscenizowanym tekście nadal nie potrafię doszukać się przebłysków geniuszu i ukrytych pokładów metaforycznych znaczeń, ujmuje mnie ta przypowiastka o człeku, którego życie boli. Główny ciężar spektaklu z lekkością i wdziękiem dźwiga Bogdan Smagacki - jego Adaś Miauczyński to odrobina mężczyzny, któremu życie nieustająco robi na złość. Jest konglomeratem kompleksów, niespełnienia, rozczarowań, urojonych i prawdziwych upokorzeń, a przede wszystkim pretensji. Do wszystkich i wszystkiego. Ogranicza go matka, brak pieniędzy, tępi uczniowie, blokowisko, w którym żyje, złośliwość przedmiotów. A przede wszystkim dotkliwy brak zwyczajnej miłości. Mityczna Elżunia, bohaterka jego snów i urojeń, to jedyna recepta na zło całego świata.... W interpretacji Smagackiego Adaś Miauczyński to bardziej "enteligent" niż intelektualista. Jego życie sprowadza się do przyziemnych rytuałów i prozaicznych czynności. Jest tylko proza bytowania - na wzniosłość i poezję nie ma miejsca, choć jest do tego wyraźna pretensja. To Polak frustrat, który krytykuje polskie wady, sam będąc ich klinicznym przykładem. Aspiruje do lepszego życia, tylko jakiego?...