Żegnamy Piotra Cieplaka
Trudno nam dobrać słowa, które będą wystarczające, by móc Go pożegnać. Nie chcemy się żegnać. Chcemy pamiętać. Jego wrażliwość, talent, spokój, uważność, wizjonerstwo, człowieczeństwo.
Kariera zawodowa, która przesłania życie rodzinne, zmęczeni mężczyźni po dniu w pracy oczekujący relaksu w czystym, pachnącym domu od swoich usługujących im i posłusznych partnerek, a przy tym nierówne traktowanie na rynku pracy oraz bagatelizowanie ambicji i sukcesów kobiet na tym polu – to raczej nie brzmi jak zabawna komedia. Najnowsza produkcja Teatru Miejskiego w Gdyni „Kochanie, wróciłem!” stanowi jednak dowcipny galimatias zbudowany na zabawie rolami społecznymi, w ciepły sposób ukazując emancypację kobiet na rynku pracy.
Sztuka Jacka Poppelwella premierę miała prawie 55 lat temu, gdy dotychczasowa rola kobiety w klasie średniej została zakwestionowana. Feministkom oraz milionom innych kobiet nie podobało się dalsze sprowadzanie ich do funkcji ozdoby męża, oraz „piastunki domowego ogniska”, jak ładnie określano kobiety zajmujące się domem pod nieobecność zapracowanego męża. Krzątanie się przy obiedzie i dbanie o porządek „uwięzionym” w domowych obowiązkach kobietom przestało wystarczać.
Oczywiście sztuka „Kochanie, wróciłem!” nie jest żadnym głosem w dyskusji, a raczej jej efektem. Autor dostrzegł w transformacji społecznej potencjał komediowy. Była mu do tego potrzebna przerysowana akcja, która w zamyśle Poppelwella nie popada w tony zajadłej reakcyjności, tylko łagodnej zabawy konwencjami.
Robert Jones, który przejął dobrze prosperujący interes od ojca, nie sprawdza się w roli biznesmena – jego firma jest na skraju bankructwa. Tymczasem jego sfrustrowana rolą „kury domowej” żona Mary jest przekonana, że dużo lepiej odnalazłaby się w roli szefowej niż przy prasowaniu koszul męża czy przygotowywaniu obiadów.
Motorem zmian jest tu mająca głowę na karku Mary (Monika Babicka), która proponuje mężowi zamianę ról – ona przejmie stery w firmie, a on w domu.
Udaje jej się przekonać męża do niewinnego eksperymentu. Na pewien czas zamienią się rolami: ona zastąpi go w roli prezesa, a on zostanie w domu, bo przecież narzeka na zmęczenie i przepracowanie, a do tego lubi gotować i dbanie o porządek w domu to jego druga natura.
Eksperyment ten wymyka się spod kontroli, ale tylko Robertowi, który odkrywa, że siedzenie w domu ma również zdecydowanie złe strony. Za to Mary czuje się jak ryba w wodzie, a firma (wbrew przekonaniu jej męża) pod jej ręką zaczyna odżywać. Oczywiście pojawiają się przeróżne komplikacje, których lwią część zapewnia im córka Karen. Dziewczyna wyemigrowała do Kanady, by realizować swoje ambicje zawodowe, ale rzeczywistość pisze własne scenariusze, o czym Mary i zwłaszcza Robert niebawem się przekonają.
Całość rozgrywa się w prostej scenografii Marka Brauna, która jest umownie nakreślonym salonem państwa Jones, złożonym z parawanów przypominających fragmenty kostki Rubika i kilku mebli. Barwy scenografii ożywiają mało urozmaiconą akcję, opartą przede wszystkim na dialogach, komizmie słownym i w dużo mniejszym wymiarze na komizmie sytuacyjnym.
Z kolei kostiumy Jolanty Łagowskiej-Braun mocno dookreślają bohaterów od pierwszych scen. Mary jako gospodyni domowa nosi szlafrok, który po zamianie ról symbolicznie przekazuje mężowi. Każdy kolejny kostium Mary oddaje charakter jej aktualnej pracy, ale i tak najciekawsza jest kreacja Rodneya, stuprocentowego Jankesa (efektowny epizod Grzegorza Wolfa).
W spektaklu wyreżyserowanym przez Krzysztofa Babickiego aktorzy dostali dużo swobody, co nie każdemu wyszło na dobre. Oczywiście klasą dla siebie jest Szymon Sędrowski, doskonały w kreacjach fajtłapowatych, pociesznych bohaterów i to wokół granego przez niego Roberta Jonesa zbudowany jest cały spektakl. Sędrowski wielokrotnie kreował podobnych bohaterów, więc rola ta jest udana, pomimo nieco przyciężkiego w drugiej części dowcipu tekstu Jacka Poppelwella.
Z rolą Mary Jones radzi sobie Monika Babicka, która zazwyczaj gra udane duety z Szymonem Sędrowskim i tym razem jest podobnie. Bohaterce Babickiej nieco jednak brakuje wyrazistości w drugim akcie. Nie brakuje jej za to Martynie Matoliniec w roli Karen. To udana kreacja tej aktorki, która podczas premiery odniosła bolesną kontuzję barku, ale dzielnie dograła spektakl, chociaż do braw już nie wyszła.
Rolą partnera biznesowego Mary, Barry’ego – zadebiutował na deskach Teatru Miejskiego nowy aktor tego zespołu Dawid Kunicki.
Z postaci drugiego i trzeciego planu poza wspomnianym już Grzegorzem Wolfem jako Rodneyem, najciekawiej wypada Agnieszka Bała w roli zapatrzonej w Roberta Janet, noszącej okulary przypominające denka od słoików. Z postacią towarzysza niedoli Roberta – Robina – radzi sobie Mariusz Żarnecki.
(…)
„Kochanie, wróciłem!” jest bezpieczną, zabawną satyrą na konserwatywny podział domowo-zawodowych obowiązków, zaprezentowany w sposób delikatny i z dużym taktem, a przecież temat pomimo kilkudziesięciu lat dyskusji i sporów wciąż nie traci na aktualności. Przedstawienie ma dobrą dramaturgię, ogląda się je dobrze, chociaż niektóre układy taneczne (choreografia Katarzyny Migały), szczególnie gdy tańczy cały zespół, wydają się ciałem obcym w tkance spektaklu.
Trudno nam dobrać słowa, które będą wystarczające, by móc Go pożegnać. Nie chcemy się żegnać. Chcemy pamiętać. Jego wrażliwość, talent, spokój, uważność, wizjonerstwo, człowieczeństwo.
Trudno uwierzyć, że mija już kolejny rok, jak odszedł od nas Paweł Huelle, przyjaciel teatru, wieloletni kierownik literacki i dramaturg w naszym zespole.
Ponowna rekrutacja na bezpłatne warsztaty w Teatrze Miejskim!