Żegnamy Piotra Cieplaka
Trudno nam dobrać słowa, które będą wystarczające, by móc Go pożegnać. Nie chcemy się żegnać. Chcemy pamiętać. Jego wrażliwość, talent, spokój, uważność, wizjonerstwo, człowieczeństwo.
Tekst Błażewicza znalazł się w finale tegorocznego konkursu. I choć utwór nie otrzymał żadnej z nagród, już podczas majowego Festiwalu R@Port Ewa Rucińska przekuła go w intrygujące czytanie performatywne (…)
Rucińska, podążając za wskazówką zawartą w didaskaliach („na dowolną ilość osób”), wyodrębnia z monodramu kilka ról: rodziców (Olga Barbara Długońska i Szymon Sędrowski), babcię i dziadka (Dorota Lulka i Maciej Wizner), kuzynkę/ciocię i wujka (Marta Kadłub i Grzegorz Wolf) oraz kolegę (Maciej Wizner). Mimo że otrzymują niewielkie partie materiału, budują z nich pełnowymiarowe postaci. Osią dramaturgiczną jest słowotok głównego bohatera-narratora (gościnnie występujący Jakub Sasak), a ze względu na rymowaną strukturą utworu Błażewicza, język inspirowany nowym brutalizmem (potoczne zwroty i wulgaryzmy) oraz zastosowaną przez Rucińską formułą występu (punktowe światło, frontman z mikrofonem), spektakl przypomina solowy koncert rapera.
Początkowo reżyserka anektuje całą przestrzeń małej sceny, która na co dzień pełni również funkcję teatralnego barku. Właśnie tam, główny bohater, razem z kolegą, przy kolejnych kieliszkach, wygłasza na bankiecie pijacko-pochwalny okrzyk na cześć krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych, której Sasak jest absolwentem. Rucińska w dalszych scenach porzuca zarówno przestrzenne rozmieszczenie akcji, jak i ten klucz biograficzny. Wiernie podąża za strukturą dramatu, dzieląc tekst na dziesięć rozdziałów, których tytuły są wyświetlane w tle. Rytm spektaklu odmierzają rodzinne uroczystości przepełnione konwenansami: począwszy od komunii kuzynki (przewrotnie nazywanej „komunistką”) oglądanej z perspektywy kościoła, jak i domowej imprezy; poprzez dziewięćdziesiąte urodziny cioci; mniej ceremonialne wydarzenia jak rozmowa z rodzicami podwożącymi na rodzinny spęd czy niezobowiązująca pogawędka z dalszymi krewnymi spotkanymi w drodze do łazienki. Obok tła obyczajowego, twórczynie i twórców interesuje także poszukiwanie tożsamości. Choć wyłaniający się z dramatu obraz wielopokoleniowej familii pozornie wydaje się ustabilizowany i pogodny, rodzinne imprezy ujawniają także niegotowość tej mikrospołeczności do podjęcia dyskusji o trudnej przeszłości jej członków: od nie tak dawnej kłótni wywołanej przez zaręczyny ciotki i wujka, po traumatyczne doświadczenia prababć i pradziadków z okresu II wojny światowej, w których mieści się zarówno Wołyń, powrót z Syberii, jak i gwałty umożliwiające przejście przez linię frontu. Intymna historia rodziny jest pozbawiona szczegółów, przepełniają ją deformacje, przemilczenia i mistyfikacje. Proces wyparcia albo wszechobecna zmowa milczenia nie sytuują bohatera-narratora w roli bezsilnego wobec żywiołu przeszłości. Pozostaje mu kształtowanie jej z materiałów pochodzących z różnych porządków. Z jednej strony – „szczątków archiwum” (strzępów obrazu zbrodni wypartej przez ofiary), z drugiej – fikcji ujawniającej się w kreacji artystycznej, w wyobraźni, w medialnych przetworzeniach, ale także (ulokowanej pomiędzy wspomnianymi) międzypokoleniowej transmisji traumatycznych doświadczeń: „Nikt mi nigdy tego nie opowiedział/ Ten sen jest mieszanką internetu/ Strzępy od wujka film/ Dziadek przeżył Wołyń/ A ja nigdy go nie przeżyję/ Jedyne na co mnie kurwa stać to go wymyślić”. Praktykowanie postpamięci (tworzenie symulacji historycznych reprezentacji) pozwala mu lepiej zrozumieć otaczającą go rzeczywistość i rozpoznać własne miejsce w świecie.
Rapowana forma dramatu jest próbą odejścia od realistycznej formy. Rucińska korzysta z ascetycznej estetyki charakterystycznej dla czytań performatywnych – nie odtwarza znanej rzeczywistości, ani nie aranżuje scenek rodzajowych. Stawia jedynie na zamarkowanie akcji – wybiera z wydarzeń poszczególne elementy, które układa w choreograficzne konfiguracje ożywiające rodzinny chórek (nieruchomy i nieco nieobecny poza tymi sekwencjami). W mikroscenkach, przerywających niepokojące flow, widać ironiczne politowanie reżyserki wobec tautologicznych działań ilustrujących tekst, jak choćby w scenie ostentacyjnie serdecznego przywitania albo komunijnego obiadu, podczas których ceremonialnie, a czasem z wykorzystaniem slow motion, przekładany z rąk do rąk jest półmisek z ziemniakami, kwiaty czy prezenty. W scenach posiadających większy ciężar, Rucińska inaczej traktuje nieliczne na scenie rekwizyty, na przykład parasol, na którym dziadek rozładował frustrację, ze starczej laski w okamgnieniu przekształca się w symboliczny znak wojny. Spektakl jest więc prowadzony niewidzialną ręką reżyserki, która narzucając szybkie tempo (przedstawienie trwa około pięćdziesięciu minut!), koncentruje się na języku Błażewicza i zmusza publiczność do wytężonej uwagi.
Świetnie w tej niezwykle trudnej formie odnajduje się Jakub Sasak, od którego w dużej mierze zależy powodzenie spektaklu. Aktor z niebywałą lekkością i autentyzmem radzi sobie z melorecytacją: ma świetną dykcję oraz wyczucie rytmu (być może pomaga mu to, że sam opracował muzykę) i nie zapomina przy tym o wykreowaniu pełnokrwistego, ekspresyjnego bohatera. Podobnie trudne zdanie – ale tym razem wynikające ze zgoła odmiennych warunków (niewielkiej przestrzeni i materiału) – otrzymują pozostałe aktorki i aktorzy. Nie siląc się na groteskową ostentację. Oldze Barbarze Długońskiej i Szymonowi Sędrowskiemu udaje się zarysować poza słowami napiętą relację pomiędzy rodzicami narratora, Marcie Kadłub sparodiować wywiad dziennikarski, a Maciejowi Wiznerowi – beztroski luz charakterystyczny dla równolatka głównego bohatera, ale też większą powagę w scenach, w których wciela się w dziadka. Bardziej wycofany pozostaje wuj grany przez Grzegorza Wolfa, a z kolei Dorota Lulka rozczula babcinymi uczuciami oraz wzrusza w retrospektywnej scenie powitania ojca wracającego z wojny. To sprawia, że w „Polskich rymowankach albo ceremoniach” trudno wskazać słabszy punkt. Z pewnością to jeden z najlepszych spektakli granych w Teatrze Miejskim w Gdyni.
Trudno nam dobrać słowa, które będą wystarczające, by móc Go pożegnać. Nie chcemy się żegnać. Chcemy pamiętać. Jego wrażliwość, talent, spokój, uważność, wizjonerstwo, człowieczeństwo.
Trudno uwierzyć, że mija już kolejny rok, jak odszedł od nas Paweł Huelle, przyjaciel teatru, wieloletni kierownik literacki i dramaturg w naszym zespole.
Ponowna rekrutacja na bezpłatne warsztaty w Teatrze Miejskim!