Plakat Umrzeć ze śmiechu

Paul Elliott

Premiera

Umrzeć ze śmiechu

Znakomita amerykańska komedia, której przesłanie jest jasne: jeśli już umierać, to wyłącznie ze śmiechu. Cztery przyjaciółki od trzydziestu lat grają w brydża. Niestety, nagle jedna z nich umiera, a pozostałe muszą sobie z tym poradzić. I zrobią to – sensacyjnie i spektakularnie. Wzruszająca, bawiąca do łez opowieść o przyjaźni, miłości oraz wsparciu w najtrudniejszych życiowych momentach. Prawdziwej przyjaźni nawet śmierć nie stanie na przeszkodzie. Bawcie się dobrze!

  • 19:00 mała scena
  • 16:00 mała scena
  • 19:00 mała scena
  • 19:00 mała scena

Realizacja

Reżyseria: Krzysztof Babicki
Scenografia: Marek Braun
Kostiumy: Jolanta Łagowska-Braun
Światło: Marek Perkowski
Ruch sceniczny: Katarzyna Migała
Przekład: Bogusława Plisz – Góral

Asystent reżysera: Krzysztof Berendt
Suflerka: Ewa Gawron
Inspicjent: Tomasz Czajka
Producentka: Ewa Szulist

Współproducentem spektaklu jest Filharmonia Kaszubska w Wejherowie
Premiera w Wejherowie: 19.10.2022


Czas trwania: 1h 15 min (bez przerwy)

Występują

Recenzje

Historia z urną w tle

Najnowsza premiera Teatru Miejskiego Gdyni „Umrzeć ze śmiechu” to lekka komedia błyskotliwie napisana przez amerykańskiego aktora, reżysera i scenarzysty Paula Elliotta pełna czarnego humoru i zaskakujących zwrotów akcji.

Czytaj więcej

Historia z urną w tle

Światowa prapremiera tej sztuki odbyła się w Springfield Little Theatre w Springfield, Missouri w Stanach Zjednoczonych, gdzie po wielu latach obecności na scenie przeszła do legendy tego teatru jako najbardziej dochodowy spektakl ostatnich pięćdziesięciu lat.

Nigdy nie jest za późno
„Umrzeć ze śmiechu” nie tylko bawi, ale też skłania do zastanowienia się nad przemijaniem oraz rolą przyjaźni w życiu. Wzruszająca historia przyjaciółek, pozwala również uwierzyć w to, że na realizację marzeń nigdy nie jest za późno, bo nigdy nie jest za późno „aby żyć na pełnej petardzie”. W didaskaliach sztuki autor pisze: Jeżeli przez trzydzieści lat życia największą przyjemnością czterech pań, była cotygodniowa, wieczorna gra w karty, fakt śmierci jednej z nich może być katastrofą. Jednak nie dla Connie, Millie i Leny. Te trzy damy z Południa, postanawiają urządzić „pożegnalny wieczór” swojej przyjaciółce Mary, którą właśnie skremowano…
Faceci są bez sensu
Zwariowany spektakl, zaczyna jak na komedię nietypowo. Rachel (Martyna Matoliniec) właśnie przeżywa zawód miłosny, więc postanawia się zabić, bo „faceci są bez sensu”. Jej matka Connie Harland, w tej roli nieco posągowa Beata Buczek-Żarnecka, niedawno wróciła z kremacji czwartej do brydża – Mary i czeka na przyjaciółki. Zjawia się Lena, gra ją ekspresyjnie Elżbieta Mrozińska, przybywa też Millie (świetna Monika Babicka), która nie mogła pozwolić, aby ten wieczór odbył się bez jej partnerki do brydża, „zgarnęła więc Mary po drodze”, czyli wykradła z domu pogrzebowego urnę z prochami Mary.

Millie jest niezbyt bystra, bawi swą naiwności, zwłaszcza wtedy, gdy wyjaśnia przyjaciółkom przyczyny swej niezwykłej popularności wśród chłopaków, gdy chodziła do szkoły. Mimo tych niecodziennych okoliczności panie postanawiają zasiąść do brydża, wypić tradycyjną herbatkę (lub inne trunki).

Tajemniczy striptizer

Nieoczekiwanie pojawia się tajemniczy policjant (Krzysztof Berendt). To bardzo dobrze zagrana rola… Stróż prawa okazuje się striptizerem, ciekawe kto go zamówił? I skąd na imprezie pojawiło się pudełko ulubionych ciastek nieboszczki? Snują się wspomnienia, są słodycze, alkohol, taniec i muzyka, panie rozkręcają się, jak dla mnie to najlepsze sceny spektaklu. Jednak to nie koniec niespodzianek. Nie zdradzę, co jeszcze zabawnego i ważnego się wydarzyło, ani jaką rolę odgrywa Gruba Dupa, czyli Kot.

Uśmiechamy się

Reżyser Krzysztof Babicki całą historię sprawnie zamknął w 70 minutach, dzięki czemu nie ma dłużyzn, akcja biegnie szybko. Kostiumy zaprojektowała Joanna Łagowska-Braun, zaś salon w posiadłości Connie i Rachel z ozdobnym lustrem na komodzie Marek Braun.

Wychodząc z teatru uśmiechamy się powtarzając, że „Kres życia to coś, co dotyczy nas wszystkich, dlatego umrzeć ze śmiechu jest najlepszym rodzajem śmierci”. W szare jesienne dni warto zobaczyć tę pełną ciepła i humoru, momentami wzruszająca i świetnie zagraną opowieść o prawdziwej przyjaźni.

ŚMIAĆ SIĘ NIE UMIERAĆ

UWAGA: SPOILER!:) Komedia Paula Elliotta Umrzeć ze śmiechu miała swoje polskie premiery i to zarówno na deskach teatrów (Mały w Łodzi – 2017, TeTaTeT w Kielcach – 2018 i Kwadrat w Warszawie – 2021), jak też na YouTube w niekoniecznie...

Czytaj więcej

ŚMIAĆ SIĘ NIE UMIERAĆ

Siłą gdyńskiej realizacji sztuki Elliotta Umrzeć ze śmiechu jest gra aktorek – trzech głównych postaci, jak też kostiumy, rozwiązania scenograficzne, muzyka i, rzecz jasna, reżyserska ręka. Babicki sięgnął po sztukę nie tylko o wymiarze komediowym. Owszem, publiczność nie przestaje się śmiać przez cały niemal spektakl, ale jednocześnie jest to inscenizacja, w której czytelny jest przekaz ciepłej, subtelnie zaznaczanej prawdy o przyjaźni. Ta jakże zabawna opowieść przenicowana jest delikatnymi nutami refleksji, jak wiele dla siebie przyjaciółki znaczą, jak głęboka jest między nimi więź, przekraczająca granicę śmierci.
Beata Buczek-Żarnecka w roli Connie, Elżbieta Mrozińska jako Leny i Monika Babicka grająca Millie wzniosły się naprawdę na wyżyny aktorstwa. Starały się zrozumieć postaci; wczuły w ich położenie; odczytały ich osobowości i perfekcyjnie oddały to na małej scenie gdyńskiego teatru. Każda z wymienionych aktorek z wyczuciem wyraziła graną przez siebie bohaterkę. Doskonale wypadła każda z nich, nie sposób wyróżnić którąś z artystek, wszystkie trzy bowiem w równej mierze oddały cały dramatyzm i komizm granych przez siebie postaci. Z nieukrywaną satysfakcją przyglądałem się ich grze. Każda z bohaterek inna, o odmiennej osobowości, temperamencie, charakterze i kondycji – nie tylko fizycznej. Żadna z gdyńskich aktorek nie uległa – jakże łatwej przy tak wyrazistych postaciach – pokusie przesady, wyolbrzymienia najbardziej charakterystycznych dla danej bohaterki cech. A przyznać trzeba, że w przypadku tych bohaterek sztuki Elliotta o taką pokusę łatwo. Buczek-Żarnecka gra zatem postać wyrafinowaną, o dobrym guście i smaku, ale też skrywanych tajemnicach (alkoholizm, perwersja seksualna z byłym mężem). Doskonale oddała wszystkie subtelności tej Elliottowskiej postaci. Podobnie Elżbieta Mrozińska, której kreacji nie sposób zapomnieć, stworzyła mocną, wyrazistą postać Leny – też, niestety, alkoholiczki, ale jednocześnie osoby trzeźwo potrafiącej ocenić siebie i przyjaciółki; osoby wrażliwej i równie dobrze zabawnej w swej prostocie. Wreszcie Monika Babicka, która odtwarza Millie – osobę niekoniecznie ogarniętą, ale bardzo trafnie umiejącą przecież sprostać nagłym i niespodziewanym sytuacjom, zaskakującym nawet najbardziej opanowaną Connie. Powtórzę więc – kreacje i warsztat tych artystek gdyńskiej sceny czynią sztukę Elliotta jeszcze lepszą, niż jest w samej swej warstwie tekstowej, mocniej akcentującą komizm postaci, sytuacji i wreszcie dialogów.
Nieodłącznym elementem tworzenia postaci są kostiumy i tu zasługa Jolanty Łagowskiej-Braun. Zarówno ubiory Racheli, córki Connie, jak też striptizera Bobbiego, ale nade wszystko stroje żałobniczek, trzech wspomnianych tu już przyjaciółek, są celująco dobrane. Widoczna jest w nich nie tylko przemyślana koncepcja Łagowskiej, ale też jej wyczucie postaci – chociaż równie czarne i żałobne, ubranie każdej z trzech bohaterek różni się od siebie zasadniczo, jednocześnie odzwierciedlając charakter i podkreślając osobowość postaci. Wyśmienicie prezentuje się to w czasie akcji, kiedy kobiety przemieszczają się, a zwłaszcza, kiedy przyjdzie im tańczyć z zamówionym przez ich zmarłą przyjaciółkę striptizerem (a tak naprawdę dorabiającym studentem psychologii, który odbywał praktyki jako psycholog kliniczny i pomagał zmarłej przyjaciółce, jednocześnie będąc chłopakiem córki Connie – Racheli). Tak więc Connie jest dystyngowana i elegancka nad wyraz. Nieco jak trzpiotka i tancerka z porcelanowej figurki prezentowała się w swoim ubiorze Lena. Równie trafnie zaprojektowano ubiór Millie. I co jeszcze ważne, dowodzące perfekcyjności gdyńskiej realizacji – uczesanie każdej z tych postaci. Ich fryzury harmonizują się z ubiorem i… osobowością bohaterki.
Scenografia doskonale wpisała się w klimat zdarzeń, jak też oddała charakter pani domu, w którym rzecz się rozgrywa, a mianowicie Connie. Gustowne meble z – co zrozumiałe u starszej, szykownej damy – wielkim lustrem i zasobnym barkiem w postaci półsekretarzyka z witrynką. Rozwiązania scenograficzne świetnie wykorzystują przestrzeń małej sceny gdyńskiego Teatru Miejskiego, o której bywający tam widzowie wiedzą, że pełni wszak też rolę foyer, kiedy przedstawienia odbywają się na dużej scenie.
No i wreszcie muzyka, w szczególności utwór kończący przedstawienie. Zmarła przyjaciółka zafundowała swym towarzyszkom, nie tylko od brydża, podróże samolotem. A że sama nie zrealizowała w swym życiu marzeń o wyjeździe do Włoch, właśnie tam postanawiają najpierw wyjechać żyjące przyjaciółki. Dlatego rozbrzmiewa utwór Bella ciao, przy którego dźwiękach radośnie tańczą. Na drugim przedstawieniu zaś, na podstawie którego piszę tę recenzję, publiczność w rytm tej piosenki długo gromkimi brawami dziękowała realizatorom za zdrowy śmiech, ale też nutkę refleksji, że trzeba korzystać z życia „dziś”, bo „jutro” może nie nastąpić.