Plakat Jądro ciemności

Joseph Conrad/ Paweł Huelle

Premiera

Jądro ciemności

Uznane za jedną z najważniejszych powieści XX wieku „Jądro ciemności” to zapis podróży do mrocznych granic ludzkiej psychiki. Zderzenie człowieka Zachodu, powodowanego żądzą zarobku, z dziką, pierwotną cywilizacją może się skończyć szaleństwem. Opowieść o pragnieniu, ambicji i namiętności w scenografii Daru Pomorza, tuż obok pomnika autora – Josepha Conrada.

Spektakl bierze udział w IX Konkursie na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej „Klasyka Żywa”.

  • 20:00 Dar Pomorza
  • 20:00 Dar Pomorza
  • 20:00 Dar Pomorza
  • 20:00 Dar Pomorza

Realizacja

Reżyseria: Krzysztof Babicki
Scenografia: Marek Braun
Kostiumy: Jolanta Łagowska-Braun
Muzyka: Marek Kuczyński
Światło: Marek Perkowski
Adaptacja: Paweł Huelle

Asystent reżysera: Szymon Sędrowski
Suflerka: Ewa Gawron
Inspicjent: Tomasz Czajka
Producentka: Ewa Szulist

W adaptacji wykorzystano fragmenty powieści w tłumaczeniu Anieli Zagórskiej.

Spektakl odbywa się pod pokładem Daru Pomorza. Zejście pod pokład może okazać się wymagające – na widownię prowadzą strome schody.

W spektaklu wykorzystywane są głośne efekty dźwiękowe (m.in. wystrzały z broni palnej). Osoby wrażliwe na ten rodzaj efektów prosimy o zachowanie szczególnej ostrożności.


Czas trwania: 1 h 20 min

Występują

Recenzje

Teatr na żaglowcu

To jedyna taka scena w Polsce. Pod pokładem statku-muzeum „Dar Pomorza” zespół Teatru Miejskiego imienia Witolda Gombrowicza w Gdyni wystawił kolejny spektakl. Pisze Marek Nowak w „Tygodniku Angora”.

Czytaj więcej

Teatr na żaglowcu

– Po raz pierwszy zaadaptowaliśmy zacumowany przy Nabrzeżu Pomorskim jacht na potrzeby teatru siedem lat temu – mówi Krzysztof Babicki, reżyser, a zarazem dyrektor artystyczny Teatru Miejskiego. – Wystawiliśmy wówczas adaptację powieści Guntera Grassa „Idąc rakiem”, która opowiada o zniszczeniu przez rosyjski okręt podwodny niemieckiego MS „Wilhelm Gustloff” w styczniu 1945 roku. Tekst ten to także historyczna i współczesna refleksja nad źródłami nazizmu. Na decyzję o wystawieniu akurat tego spektaklu na wyjątkowej scenie pod pokładem „Daru Pomorza” wpłynął klimat tej przestrzeni, a także świadomość, że obie jednostki (płynący w swój ostatni rejs „Gustloff” oraz „Dar Pomorza”) wyprodukowane zostały w tej samej hamburskiej stoczni Blohm und Voss.

Wybudowany w 1909 r. „Dar Pomorza” jest zabytkiem i pełni na co dzień funkcję muzeum. Do zaadaptowania go na potrzeby teatru potrzebna była w związku z tym zgoda dyrekcji Narodowego Muzeum Morskiego. Przestrzeń pod pokładem jest także bardzo wymagająca, więc ekipa techniczna miała bardzo trudne warunki pracy.

– Każdy spektakl to kilka godzin przygotowań. Najważniejsze jednak, że udało nam się osiągnąć zamierzony efekt i sukces frekwencyjny – przyznaje Krzysztof Babicki.

 

Za ciosem – pod wodę i w tango!

Po sukcesie „Idąc rakiem” (spektakl otrzymał m.in. nagrodę teatralną Marszałka Województwa Pomorskiego za spektakl roku) stało się oczywiste, że magia „Daru Pomorza” działa. Kolejny wybór Krzysztofa Babickiego i Pawła Huellego zaskoczył jednak zmianą tematu i nastroju. „Żółta łódź podwodna” (grana od 2015 roku) to zabawna historia opowiedziana z perspektywy dwóch fanek zespołu The Beatles, które po latach mieszkają w domu opieki społecznej. Warto też wspomnieć, że dla pokolenia żyjącego w latach 60. Gdynia i rock’n’roll mają także wyjątkowy związek. To dzięki marynarzom pojawiły się przecież w Polsce pierwsze płyty wielkiej czwórki i stąd rozchodziły się na całą Polskę.

W 2017 roku widzów przyciągnęła na „Dar Pomorza” kolejna podwodna prapremiera. Był to „Kursk” – historia rosyjskiego okrętu podwodnego z napędem atomowym, na którym w 2000 roku (podczas rejsu po Morzu Barentsa) doszło do wybuchu. Dopiero dwa lata po tragedii przyznano, że doprowadził do niej wybuch torpedy znajdującej się na okręcie. Spektakl prezentował historię tej katastrofy, był opowieścią o ostatnich godzinach życia marynarzy czekających na ratunek oraz prezentował mechanizmy medialnej manipulacji Kremla.

Kolejną propozycją graną w tej wyjątkowej przestrzeni był kultowy dramat Sławomira Mrożka „Tango”, wzbogacony jednoaktówką „Na pełnym morzu”. To opowieść o wszechwładnej dyktaturze niekontrolowanego chamstwa. Trzeba przyznać, że świat bohaterów umieszczonych w klaustrofobicznej przestrzeni zyskał też dodatkowy, metaforyczny wymiar.

Ciemność

Ostatnia tegoroczna propozycja Teatru Miejskiego grana pod pokładem majestatycznego żaglowca to adaptacja „Jądra ciemności” Josepha Conrada. Przenosimy się w czasy kolonialne. Główny bohater historii – Marlow – wyrusza w górę rzeki Kongo, by odnaleźć tajemniczego Kurtza, który niespodziewanie przestał wysyłać ogromne transporty kości słoniowej. Pogłoski krążące o tym charyzmatycznym zarządcy są niepokojące. Podróż w nieznane staje się też pretekstem do eksploracji mrocznych zakątków ludzkiej psychiki. Ciekawym zabiegiem teatralnym jest tu wprowadzenie postaci nie z tego świata (antycznych Prządek Losu) oraz dodatkowe podkreślenie wątku antycznego podboju Brytanii przez Rzymian, gdy to właśnie nad Tamizą żyły „dzikie plemiona”. Choć twórcy nie pogłębili współczesnej refleksji nad kolonializmem, warto tego lata przypomnieć sobie tekst Conrada w wyjątkowej teatralnej scenerii.

„Jądro ciemności” na Darze Pomorza

„Jądro ciemności” Josepha Conrada w reż. Krzysztofa Babickiego Teatru Miejskiego w Gdyni, na Darze Pomorza. Pisze Łukasz Rudziński w portalu trojmiasto.pl.

Czytaj więcej

„Jądro ciemności” na Darze Pomorza

Raz na kilka lat Teatr Miejski w Gdyni realizuje spektakl poświęcony tematyce marynistycznej. Po pandemicznej przerwie udało się wrócić na Dar Pomorza, który jest naturalną przestrzenią dla tego typu spektakli. Inscenizacja „Jądra ciemności”, najnowszej premiery Miejskiego na Darze Pomorza, to zgrabna, chociaż pełna uproszczeń i zaskakująco jednowymiarowa interpretacja tego metaforycznego, jednego z najsłynniejszych opowiadań Josepha Conrada.

„Jądro ciemności” Josepha Conrada (właściwie Józefa Konrada Korzeniowskiego) to jedno z najważniejszych dzieł tego pisarza polskiego pochodzenia. Conrad piętnował w nim żarłoczny kapitalizm, bezwzględny kolonializm i wyzysk ubierane w ładnie brzmiące slogany jak rozwój, postęp czy cywilizacja.

Przy okazji bardzo mocno atakował rozdęte struktury biurokratyczne i urzędników, którzy zahibernowali się na swoich stanowiskach i kurczowo ich trzymają, nawet jeśli z ich pracy nie ma żadnego pożytku. Tysiące kilometrów od ojczyzny kwitnie korupcja, a o los lokalnej ludności nikt się nie troszczy. Dorzecze rzeki Kongo służy tu za metaforyczny koniec świata, przynajmniej tego znanego przeszło 120 lat temu, gdy powstawało „Jądro ciemności”.

Narratorem opowiadania jest Marlowe – alter ego pisarza, którzy przecież sam pływał po morzach i oceanach i odbył także rejs rzeką Kongo (Joseph Conrad poznał ją jako marynarz parowca jednej z belgijskich kampanii handlowych). Jego bohater ma dotrzeć do najdalej położonej stacji handlowej i przetransportować stamtąd kość słoniową, ale Prezes (Bogdan Smagacki) powierza mu jeszcze jedną, tajną misję.

W tym momencie tekst Conrada i adaptacja sceniczna przygotowana przez Pawła Huelle zaczynają się nieco rozmijać. Odnalezienie tajemniczego, otoczonego legendą Kurtza w spektaklu Teatru Miejskiego przypomina tanie kino szpiegowskie. To co bohaterom prozy Conrada pozwala kluczyć, przedzierać się przez fikcję, żeby odkryć przerażającą prawdę, tutaj zostało ujednoznacznione, sprowadzone do prostego zlecenia.

Z drugiej strony, intencje autora adaptacji i reżysera spektaklu Krzysztofa Babickiego są uzasadnione – przez lata bestialstwo opisane przez Josepha Conrada w Kongu na ciemnoskórych (torturowanych, okaleczanych i mordowanych przez belgijskich kolonizatorów pod byle pretekstem) było traktowane głównie jako metafora okrucieństwa. Jednak uproszczenia zastosowane w spektaklu Miejskiego całkowicie prozę Conrada odzierają z metafory i wieloznaczności, która jest największą wartością twórczości Conrada. Twórcy w ten sposób sprowadzają ją do kina akcji i w mniejszym wymiarze do publicystyki.

Sam spektakl jednak opiera się na bardzo dobrym pomyśle, by z niewielkiego epizodu z gabinetów urzędniczych zaczerpnąć kluczowe bohaterki przedstawienia – Parki, rzymskie boginie losu. Cały, nakreślony u Conrada kilkoma zdaniami wątek rzymskiej kolonizacji Wielkiej Brytanii urasta tutaj do odrębnego epizodu, by lepiej uzmysłowić widzom z czym wiążę się bezwzględna kolonizacja w imię „wyższych celów”, które bardzo często okazują się grabieżą, terrorem i podziałem łupów.

Parki w spektaklu Miejskiego są dwie – obie we wspaniałych sukniach i z bardzo mocnym makijażem (kostiumy Jolanty Łagowskiej-Braun) przędą na drutach nici życia bohaterów, co jakiś czas śpiewając piosenki nawiązujące do mitologii antycznej. Gdy uznają za stosowne, przecinają nici wybranej postaci. Ta kreacja podwójna zachowujących się tak samo Margo (bardziej wyrazistej Weroniki Nawieśniak) i Ethel (Agnieszki Bały) od pierwszych chwil robi dobre wrażenie i buduje nastrój tajemniczości.

O klimat spektaklu pełną niespokojnych, mrocznych dźwięków dba również Marek Kuczyński odpowiedzialny za muzykę przedstawienia, która nie jest tym razem ilustracyjna, co zdarzało się przy wcześniejszej pracy tego kompozytora z Krzysztofem Babickim. Prosta scenografia Marka Brauna tym razem zbudowana jest właściwie z umieszczonego w centralnej części stolika z krzesłami i niewielkiego podestu z półprzezroczystą pleksi, stanowiącą niekiedy lustro ukazujące w odbiciu bohaterów, szczególnie Parki obserwujące z tego miejsca pozostałych.

Kluczowa rozgrywka odbywa się pomiędzy Marlowe’m i Kurtzem. Ich konfrontacja następuje bardzo szybko, bo w scenariuszu Pawła Huellego cała podróż wgłąb rzeki Kongo – bardzo istotna w „Jądrze ciemności” Conrada – przywołana zostaje właściwie tylko kontekstowo. Grający Marlowe’a Mariusz Żarnecki nie jest jednak narratorem opowieści, dzięki czemu jego bohater nie jest przegadany – aktor wypełnia tę postać poszukiwaniami sensu działań, które podejmuje, zwłaszcza jeśli wydają mu się niewłaściwe. Szkoda, że Żarnecki nie ma dostatecznie dużo czasu, by dylematy Marlowe’a wybrzmiały z pełną siłą.

Znakomicie z rolą Kurtza radzi sobie Piotr Michalski, który gra postać kontrowersyjną, wieloznaczną, a przy tym intrygującą. Jego choroba również rozumiana może być dwojako – jako choroba, która niszczy go fizycznie oraz psychicznie, jako obsesja, od której postradał zmysły. Bardzo dobrze partneruje mu Martyna Matoliniec w fizycznej roli Kobiety Kurtza.

Pozostali aktorzy stanowią tło tej opowieści, z którego najwyraźniej wybija się postać Narzeczonej Kurtza, granej przez Monikę Babicką. Wątek ten nawiązuje do „Kurska”, innej inscenizacji twórców „Jądra ciemności”, i kobiet oczekujących na powrót mężczyzn. Z kolei niepotrzebnie rozbudowany motyw czasów dziecięcych Marlowe’a jest ukłonem Babickiego i Huellego w stronę ich wieloletniej fascynacji twórczością Gombrowicza.

„Jądro ciemności” w całości jest spektaklem spójnym, prowadzonym konsekwentnie i w dobrym tempie. Tym bardziej szkoda, że prozę Josepha Conrada wypłukano z wieloznaczności. Nawet tytuł opowiadania wyjaśniony zostaje tak dobitnie, aby nie trzeba było się nad nim namyślać. Konkret, na jakim skupili się twórcy gdyńskiego przedstawienia, jest zarazem jego gotową interpretacją, niewymagającą głębszego zastanowienia.

Na dnie piekła

„Jądro ciemności” Josepha Conrada w reż. Krzysztofa Babickiego Teatru Miejskiego w Gdyni, na Darze Pomorza. Pisze Katarzyna Fryc w „Gazecie Wyborczej – Trójmiasto”.

Czytaj więcej

Na dnie piekła

Podboje starożytnych Rzymian, XIX-wieczny kolonializm w Afryce, współczesny atak Rosji na Ukrainę – czy to nie ten sam rodzaj podszytej chciwością barbarzyńskiej przemocy w imię „promowania zdobyczy cywilizacji”.

Jak mawiał Joseph Conrad, opublikowane w 1899 roku jego opowiadanie „Jądro ciemności” – uznawane za najważniejsze dzieło pisarza z polskimi korzeniami – posiada liczne wątki autobiograficzne, zaczerpnięte z jego własnych podróży po Afryce.

Jak piszą biografowie Conrada, w 1890 roku, mając 31 lat, pisarz zatrudnił się na belgijskim parowcu, który pływał po rzece Kongo. Ta wyprawa miała otworzyć mu oczy na prawdziwą twarz kolonializmu – podszytej chciwością barbarzyńskiej przemocy w imię „promowania zdobyczy cywilizacji”. A przede wszystkim z przyjętym z góry założeniem, że imperialne aspiracje jednego narodu upoważniają go do bestialstwa wobec innego.

Odwiedzając kolejne zagubione w dżungli porty nad rzeką Kongo i placówki belgijskiej kompanii handlowej, Conrad był świadkiem polowań na ludzi, rzezi i okaleczania, nieludzkiego traktowania niewolników, ale także korupcji, oszustw i kompletnego zdziczenia Europejczyków, których głównym celem stało się pozyskanie jak największej ilości kości słoniowej.

„Jądro ciemności”. Podobieństwa okrucieństw

W tekście opowiadania „Jądro ciemności” Conrad wskazuje na podobieństwa okrucieństw XIX-wiecznego kolonializmu z bezwzględnością starożytnych Rzymian, których podboje kolejnych europejskich krajów zaprowadziły aż do dzisiejszej Wielkiej Brytanii i okolic Tamizy. I choć w tekście literackim ten wątek nie wysuwa się na pierwszy plan, zwłaszcza dziś – kiedy za naszą wschodnią granicą trwa barbarzyńska wojna wywołana przez aspiracje imperialne Rosji – warto zwrócić uwagę na tę paralelę.

W taki właśnie sposób rozłożył akcenty w swoim spektaklu Krzysztof Babicki, dyrektor Teatru Miejskiego im. Witolda Gombrowicza w Gdyni i reżyser inscenizacji „Jądra ciemności”, która wystawiana jest pod pokładem zabytkowego żaglowca „Dar Pomorza”. Autorem tekstu adaptacji jest pisarz Paweł Huelle.

Spektakl w reżyserii Babickiego z interesującą oprawą muzyczną Marka Kuczyńskiego koncentruje się na konflikcie postaw dwóch głównych bohaterów opowiadania: Marlowa (w tej roli dobrze wywiązujący się z zadania Mariusz Żarnecki), który zostaje wysłany do Konga w poszukiwaniu zaginionego agenta Kurtza (udana rola Piotra Michalskiego). Marlow, podobnie jak kiedyś Conrad, dopiero przekonuje się, czym naprawdę jest kolonializm. Za to Kurtz, który już wrósł w afrykańskie realia, stając się dla miejscowych niemal bogiem (a może raczej diabłem?), dobrze wie, jak czerpać dla siebie profity. Kurtz, który miejscowych traktuje gorzej jak zwierzęta, nie zaprząta sobie głowy wrażliwością ani zasadami humanizmu. Nie cofa się przed niczym, by zdobyć kolejne transporty kości słoniowej. Urządził się w dżungli na swoich zasadach i nie zamierza z nich rezygnować nawet w obliczu choroby.

 

Minimalistyczna forma

Jak opowiedzieć tę historię, mając do dyspozycji ciasną przestrzeń pod pokładem żaglowca? Jedynym wyjściem jest minimalizm środków. Za całą scenografię musi wystarczyć stół i podest z krzesłami, gdzie czerwoną nić życia snują Parki – starożytne boginie losu (Agnieszka Bała i Weronika Nawieśniak), co i rusz przecinając ją nożycami.

„Jądro ciemności” w reżyserii Babickiego to ponadgodzinny spektakl oszczędny w formie, skupiony na słowie i grze aktorskiej. Nawet jeśli nie stanie się przebojem Teatru Miejskiego, to z pewnością zainteresuje miłośników twórczości Conrada.

 

Fascynujące i niepokojące „Jądro ciemności”

„Jądro ciemności” Josepha Conrada w reż. Krzysztofa Babickiego Teatru Miejskiego w Gdyni, na Darze Pomorza. Pisze Grażyna Antoniewicz w „Polsce Dzienniku Bałtyckim”.

Czytaj więcej

Fascynujące i niepokojące „Jądro ciemności”

Pod pokładem „Daru Pomorza” stojącego przy Nabrzeżu Kościuszki w Gdyni piękne Parki – rzymskie boginie losu, przędą, splatają i przecinają czerwone nici ludzkiego życia. W ich dłoniach spoczywa los bohaterów sztuki „Jądro ciemności”. Jest ona adaptacją opowiadania Josepha Conrada, której podjął się Paweł Huelle. Zadanie karkołomne…

„Mroczne i skandaliczne arcydzieło” – tak określane bywa „Jądro ciemności”. Conrad oparł swoją opowieść na doświadczeniach, jakie zebrał podczas podróży do Afryki w roli członka załogi jednego ze statków należących do belgijskiego króla. Rejs z Europy w głąb rzeki Kongo to podróż w głąb europejskiej przemocy. Niewielka scena pod pokładem, widzowie siedzą po obu jej stronach, blisko na wyciągnięcie ręki. Witają ich Parki – Ethel i Margo, pracownice biura, które dokonuje ekspansji w Kongo – wtedy tekst mówiony jest prozą. Kiedy jednak jako Parki komentują wydarzenia, łączą czasy – śpiewają. Paweł Huelle przypomniał nam, że j est nie tylko znakomitym pisarzem, ale też poetą. Niepokojąca muzyka Marka Kuczyńskiego pełni w tym spektaklu ważną rolę, dyskretnie buduje dramaturgię (słychać w niej nawet odległe echa afrykańskich bębnów). Scenograf Marek Braun miał wyjątkowo trudne zadanie, na niewielkiej przestrzeni musiał zbudować kilka miejsc akcji: kolonialne biuro, dżunglę czy obóz Rzymian nad Tamizą. Okazało się, że wystarczył stół przykryty czerwonym suknem, krzesła i niewielki podest z lustrem, aby uruchomić naszą wyobraźnię.

Jolanta Łagowska-Braun pięknie ubrała aktorów w stroje z epoki cesarza Leopolda II. Jedynie Parki z mocnym makijażem i kostiumem są odrealnione, tajemnicze. W boginie przeznaczenia wcieliły się Agnieszka Bała i Weronika Nawieśniak. Te młode aktorki mienią się jak brylanciki na scenie. „Czuwamy, czuwamy” – zapewniają, czekając na moment, aby przeciąć czerwoną nitkę czyjegoś życia.

Piotr Michalski jako Kurtz stworzył niezwykłą kreację. Kiedy pojawia się, fascynuje. Trudno nam oderwać od niego oczy. Równie znakomity jest Mariusz Żarnecki jako Marlowe, którego misją jest odnalezienie Kurtza, legendarnego agenta kolonii, który popadł w obłęd.

W tym spektaklu nie ma ról drugoplanowych, każda jest arcyważna, nawet jeśli aktor pojawia się krótko na scenie. Tak jak Martyna Matoliniec w roli kobiety Kurtza. Drapieżna, szalona, opętana miłością.

Realizacja przedstawienia pod pokładem „Daru Pomorza” wymagała od reżysera Krzysztofa Babickiego precyzji i wielkiej pracy z aktorami. Tu każdy gest, każdy szept, krzyk, pauza budują gęstą atmosferę spektaklu. „Jądro ciemności” to jedno z bardziej mrocznych opowiadań Conrada, bardzo trudno znaleźć tam światło. Powstał spektakl poetycki, niejednoznaczny, zmuszający do myślenia, piękny plastycznie.

Nieżyjący już, legendarny dyrektor Teatru Wybrzeże Antoni Biliczak mawiał, że widzowie głosują nogami. Więc zagłosowali i… wszystkie bilety do końca czerwca zostały sprzedane. Gdyński spektakl trwa godzinę i 15 minut.

Joseph Conrad na Darze Pomorza

Gdyńskie Jądro ciemności nie jest tylko adaptacją powieści Josepha Conrada (Józefa Korzeniowskiego), lecz czymś więcej – dziełem poniekąd autonomicznym. W sztuce tej wykorzystano bowiem postaci, wątki fabularne czy epizody z tego utworu, ale nie wszystkie. Nadto dziełu temu nadano nowe...

Czytaj więcej

Joseph Conrad na Darze Pomorza

Gdyńskie Jądro ciemności nie jest tylko adaptacją powieści Josepha Conrada (Józefa Korzeniowskiego), lecz czymś więcej – dziełem poniekąd autonomicznym. W sztuce tej wykorzystano bowiem postaci, wątki fabularne czy epizody z tego utworu, ale nie wszystkie. Nadto dziełu temu nadano nowe treści, osadzając je w poetyce i estetyce tragedii. Wprowadzono wprawdzie całą osnowę Conradowej powieści z tym jednak zastrzeżeniem, że nie jest ono pomyślane jako mniej lub bardziej wierna adaptacja utworu prozatorskiego do potrzeb sceny. Paweł Huelle w pełnej synergii z reżyserem, Krzysztofem Babickim, stworzył dzieło nowe i oryginalne, chociaż oparte na arcydziele innego autora. W gdyńskiej realizacji cytaty z noweli Conrada-Korzeniowskiego współistnieją z tekstem i koncepcją dramatu, jaki napisał Huelle. To wyjaśnienie na początek, żeby nie było nieporozumień co do adekwatności gdyńskiego spektaklu i traktowania go jako stricte adaptacji. A swoją drogą, ileż to mieliśmy przedstawień, których reżyserzy nawet w najmniejszym stopniu nie sygnalizowali, że rzecz nie jest realizacją, a mniej lub bardziej swobodną adaptacją, nierzadko daleką od idei i poetyki archetekstu inscenizowanego dzieła, by wspomnieć choćby dramaty Wyspiańskiego, jakże różny czasami „żywot” sceniczny wiodące.

Nader istotnym elementem jest ulokowanie inscenizacji. Przedstawienie nie odbywa się bowiem na deskach teatru, ale pod pokładem żaglowca Dar Pomorza. To nader wymowne miejsce, zważywszy na realia narracji powieści i semantykę przestrzeni. Lokalizacja ta stwarza swego rodzaju genius loci i dodaje gdyńskiemu Jądru ciemności coś, czego nie jest w stanie nadać najlepsza choćby scenografia. Już od progu widz przenosi się bowiem w inny świat, a nie w wymyśloną scenografię imitującą rzeczywistość przedstawianej fabuły. Przekraczając najpierw burtę, a potem schodząc pod pokład, każdy w jakimś stopniu zanurza się w jądro ciemności światów Marlowe’a i Kurtza. I to jest wartość dodana gdyńskiej premiery.

Tkanka fabularna osadzona w biografii Marlowe’a nie jest tylko linearnym ciągiem zdarzeń, mniej lub bardziej wiernie odwzorowującym historię tej postaci. Raz po raz nawiązuje się tu do różnych etapów jego życia, powraca do młodości. To przedkładanie jego biografii wydaje się służyć wielostronnemu naświetleniu dramatyzmu tej postaci, którą interesująco pogłębił Huelle. Ciekawym przypomnieniem jest tu choćby nauka łaciny. Ten drobny epizod wydaje się o tyle ważny, że ukazuje rodzącą się fascynację młodego Marlowe’a żeglugą, a nawet więcej – odkrywaniem tego, co nieznane, a nie tylko repetowanie w szkole tradycji i kultu przeszłości. Najwyraźniej wraca się tu do początkowego okresu gimnazjum, kiedy młody uczeń „wkuwa” (chyba nie bezskutecznie, wszak potem wraz z Kurtzem z pamięci „odmawia po łacinie Ojcze nasz) pierwszą deklinację żeńską (na przykładzie odmiany: puella pulchra). Jest to wyrazem początkowego etapu nauki tego języka. Wie to każdy, i to bez pomocy Orbiliusza.

Marlowe został wykreowany poniekąd na ofiarę i to w podwójnym wymiarze. Najpierw własnych imaginacji – jego problemem staje się to, kim jest Kurtz. Ta prześladowcza myśl zdaje się kierować wszelkimi jego poczynaniami. Do tego jest ofiarą, którą wciągnięto w interesy kompanii, która go wysyła do Afryki. Płynąc tam, Marlowe nie realizuje już tylko własnych marzeń o podróżach i odkrywaniu, chociaż i ten aspekt swej żeglugi w głąb Czarnego Lądu będzie, przynajmniej sam sobie, uprzytamniał. Staje się jednak jedynie narzędziem w rękach tych, którzy go zatrudnili i realizuje dokładnie to, co oni chcą, by zrealizował.

W odróżnieniu od Marlowe’a Kurtz sam stworzył taką właśnie rzeczywistość, i ona go w zupełności pochłonęła – stał się jej bogiem i ofiarą jednocześnie. To wtopienie się w osobiście utkaną fikcję siebie samego i swojej misji świetnie oddał Piotr Michalski.

O znaczeniu i sukcesie gdyńskiego Jądra ciemności decyduje wiele komponentów. Zacznijmy od reżyserskiej kompozycji całości. Pomysł Babickiego na podjęcie problemu Jądra ciemności i ekspresję sceniczną jego scalonego estetycznie i poetycko przedstawienia to podstawa. Reżyser wystawił bowiem dramat, który z finezją i delikatnością wyraźnie odsłania swe oblicze, jakże bliskie tragedii antycznej. Niezmiernie istotna w gdyńskiej premierze jest praca dokonana przez Huellego. Współdziałanie tych dwóch twórców oraz absolutne zespolenie idei dramaturgicznej i reżyserskiej pozwoliło stworzyć dzieło, w mojej ocenie, wybitne. Jestem zdania, że gdyńskie Jądro ciemności tak co do formy, jak też co do treści, to wydarzenie teatralne tego sezonu! Warto skutecznie zawalczyć o jego trwalszą obecność w świecie teatru.

Na sukces jego składa się interesujący skręt ku metafizyce. Zasygnalizowana tu jest wprawdzie z całą otwartością problematyka psychologiczna, a dokładniej pewien rodzaj psychoanalitycznej penetracji. Ale gdyńskie przedstawienie nie eksploruje jedynie symboliki żeglugi w głąb rzeki Kongo. Ten aspekt jest obecny, ale nie zdominował całości. Mamy też inny kontekst – historiozoficzny. Prezentuje go w interesujący, chociaż z konieczności skrócony sposób Festus. Wreszcie jest też wątek uczuciowy. Chodzi o postać Narzeczonej Kurtza. Monika Babicka stworzyła postać dynamiczną, sugestywnie ukazując jej świat emocji i wrażliwości. Najpierw wydaje się ona pełna goryczy, rozczarowań. Silne emocje są tak skrajne, że zgniata, niemal bezpowrotnie niszczy listy narzeczonego. Ale kiedy pojawi się na scenie po raz ostatni – mówi z rezygnacją, starając się jedynie „na siłę” utwierdzić się w przeświadczeniu, że Kurtz był człowiekiem…

Wspomniana tu wcześniej treść metafizyczna jest chyba najmocniejszym sygnałem, scenicznym przekazem. Ciężar tego tematu podejmują postaci Parek – Ethel i Margo – w perfekcyjnie wykonanych kostiumach, za co należą się wielkie słowa uznania Jolancie Łagowskiej-Braun (podobnie jak za strój Kurtza). Obie te postaci, grane przez Agnieszkę Bałę i Weronikę Nawieśniak, to świetne kreacje. Ich śpiew, gesty, ruch sceniczny, operowanie rekwizytami są opracowane do perfekcji. Aktorstwo zaś obu artystek wysmakowane, delikatne, nieprzesadne, z właściwym sobie urokiem przenikające całe to przedstawienie osobliwym tremendum.

Nie byłaby ta metafizyczna treść ani tak głęboka, ani tak czytelna, ani tak poetycko jednolita, gdyby nie bezsprzecznie warta szczególnego wyróżnienia muzyka Marka Kuczyńskiego. Wyważone tony jego elektronicznej kompozycji wprowadzają w ten świat „jądra ciemności” metafizyczne tchnienie. Zdaje się w pełni uzasadnione spostrzeżenie, że muzyka Kuczyńskiego nie tylko przenika wszystko w tym przedstawieniu metafizycznym wymiarem, ale jednocześnie tę metafizykę konstytuuje. W jej rytm śpiewają, poruszają się, a nawet tkają swą nić Parki. Przekłada się więc tym samym semantycznie ta muzyka na znaczenie nemesis, o którym tak wiele mówią Parki właśnie. Muzyka Kuczyńskiego jest intersemiotycznym przekładem w zasadzie wszystkich, istotnych elementów przedstawienia.

No i jeszcze Chór. Już nie tylko duet Parek zachwyca swym śpiewem na dwa głosy. Cenna jest scena chóralna, kiedy postaci wspólnym śpiewem zamykają przedstawienie. Zdumiewa ten potencjał wokalny zespołu gdyńskiego teatru miejskiego.

Nie muszę chyba nikogo zachęcać, by koniecznie na Dar Pomorza przy Skwerze Kościuszki w Gdyni przycumowanego się udał. Jądro ciemności w reżyserii Babickiego to wspaniała uczta dla miłośników teatru prawdziwego, który pobudza do pogłębionej refleksji nad człowiekiem, jego kondycją antropologiczną i kulturową. Jest też to teatr, który jest jak alma mater, karmiąc poezją poszukiwania prawdy, odzwierciedlając w estetyce kultury śródziemnomorskiej rzeczywisty, nierzadko gorzki, smak człowieczeństwa, które w imię najniższych, podłych instynktów potrafi zniszczyć to, co szlachetne. Ale czy Jądro ciemności w reżyserii Krzysztofa Babickiego nie daje choćby przysłowiowego światełka nadziei? To już musi osądzić każdy sam.