Plakat LIZYSTRATA, czyli strajk kobiet

Arystofanes

Premiera

LIZYSTRATA, czyli strajk kobiet

„Lizystrata”, starożytna komedia Arystofanesa, opiera swoją fabułę na seksualnym strajku kobiet. Kulturowa odległość tego tekstu inspiruje nas, by go jeszcze bardziej oddalić – poza ziemską atmosferę – i dotknąć uniwersalnych niepokojów ludzkości. Zadajemy fundamentalne pytania o prawa wszystkich płci i o przetrwanie człowieka na Ziemi, jeśli zaniecha miłości koncentrując się na konfliktach zbrojnych.

Jednak, skoro komedia, to spektakl science – fiction, który dotyka tych wszystkich zagadnień z dystansem, a czasem i z gorzkim humorem.

Spektakl bierze udział w X Konkursie na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej „Klasyka Żywa”.

Realizacja

Przekład: Olga Śmiechowicz
Dramaturgia i reżyseria: Zdenka Pszczołowska
Scenografia: Anna Oramus
Kostiumy: Magdalena Mucha
Reżyseria światła: Klaudyna Schubert
Muzyka: Andrzej Konieczny, Myra_Ida van der Veen
Choreografia: Oskar Malinowski
Wizualizacje: Maja Szerel

 

 

Asystent reżyserki: Maciej Wizner
Asystentka reżyserki: Justyna Betańska
Suflerka: Ewa Gawron
Inspicjent: Tomasz Czajka
Producentka: Ewa Szulist

 

Spektakl przeznaczony dla widzów powyżej 16 roku życia. W spektaklu pojawiają się wulgaryzmy oraz wykorzystywane są głośne efekty dźwiękowe (m.in. wystrzały z broni palnej). Osoby wrażliwe na ten rodzaj efektów prosimy o zachowanie szczególnej ostrożności.


Czas trwania: 1 h 45 min (bez przerwy)

Występują

Recenzje

ARCHEO

Lizystrata na motywach Arystofanesa, reżyseria Zdenka Pszczołowska, Teatr Miejski w Gdyni. Koncepcja przedstawienia Zdenki Pszczołowskiej pod tytułem Lizystrata, czyli strajk kobiet jest interesująca – to trzeba powiedzieć na samym początku. Rzeczy, jakie rozgrywają się w tej sztuce teatralnej, są w...

Czytaj więcej

ARCHEO

Koncepcja przedstawienia Zdenki Pszczołowskiej pod tytułem Lizystrata, czyli strajk kobiet jest interesująca – to trzeba powiedzieć na samym początku. Rzeczy, jakie rozgrywają się w tej sztuce teatralnej, są w planie: współczesności, przeszłości i przyszłości (skądinąd zastanawiająca kolejność). Pszczołowska wykorzystała w znacznej mierze komedię Arystofanesa, obudowując ją własnym tekstem. Nie możemy więc mówić, że jest to li tylko kolejna inscenizacja antycznego dzieła. Jest to bowiem coś więcej: to utwór sceniczny, którego trzonem jest antyczne dzieło, ale sam jako taki jest odrębnym dziełem – kompozycją.
Część pierwsza rozgrywa się w czasach współczesnych. Otwarciu wystawy muzealnej towarzyszą dramatyczne wydarzenia. Poszczególne, personalne wątki składają się na wspólny temat, ale niemrawo dość nabierająca tempa akcja nie od razu pozwala zorientować się, co tak naprawdę łączy poszczególne elementy tej części przedstawienia ze sobą, nie mówiąc już z całością inscenizowanego utworu. Najpierw zaręczona para odsłania tajemnice swej alkowy, w której wieje chłodem. Ustało nie tylko ich pożycie, ale zastygły uczucia. Drugi plan dramatyczny stanowią dwie historie. Jedna to zniszczona kariera naukowca posądzonego przez studentkę, która, wykorzystując pewien rodzaj „uprzywilejowania” feministycznego, oskarżyła uczonego o molestowanie. Cień podejrzenia wystarczył, by nie tylko zaszczuć prawego człowieka, ale też zniszczyć świetnie rozwijającą się karierę naukową i zaprzepaścić realizowane w jej toku badania. Obrona prawości tego człowieka, podjęta przez studentkę dorabiającą jako barmanka w bufecie muzeum, jest chyba tylko łabędzim śpiewem, ale trafnie i bezwzględnie obnażającym współczesne mechanizmy społeczne – dla których prawda, czy choćby próba docierania do prawdy jest czymś ze wszech miar abstrakcyjnym, a przyzwoitość nieistniejącym w zasobach leksykalnych określeniem. Druga historia to cynizm uzurpatorstwa, którym charakteryzować się mogą nawet najbardziej uznane w świecie nauki (Nagroda Nobla) badania. W gęstej atmosferze niespełnionej miłości jednego z wykluczonych z zespołu badawczego uczonego do kierowniczki projektu – uznanej, szanowanej noblistki – zostaje ostro napiętnowane owo uzurpatorstwo, które wkracza nawet w świat nauki. Promowany projekt i jego rzekome osiągnięcia okazują się być kłamstwem. Głośno i dobitnie, w desperacki sposób wyraził to właśnie ów nieszczęśliwy kochanek i uczony zarazem, któremu zakneblowano usta. Miał on jednak odwagę w spektaklu Pszczołowskiej powiedzieć, że „król jest nagi”. A „nagość” ta dotyczy zarówno sfery osobistej, jak i prawdy o domniemanych osiągnięciach zespołu badawczego profesorki powszechnie szanowanej i podziwianej.

Część druga to realizacja sceniczna dzieła Arystofanesa – prześmiewcy rubasznego. Pszczołowska nie bez kozery sięgnęła po najnowsze tłumaczenie dokonane przez Olgę Śmiechowicz, by tym bardziej posłużyć się językiem wulgarnym, prostym (momentami prostackim). Ale sfera języka, jakim przemawiają postaci tej części dramatu, ma swe uzasadnienie. Poprzez ten właśnie, a nie inny przekład tekstu antycznego do głosu dochodzi cała bezceremonialność działań antycznej bohaterki i jednoznacznie sformułowany cel. Działaniom Lizystraty nie przypisała Pszczołowska ideologicznych konotacji „strajku kobiet”, którego byliśmy świadkami, a czego pewnie po cichu wielu przed przedstawieniem oczekiwało. Nic z tych rzeczy. Artystka nie uwikłała się w ten splot współczesności. Nie popadła też w przesadny dramatyzm, czy też jakiś inny rodzaj uzależnienia od estetyki antycznej tragedii lub komedii. Nie nadała wreszcie tej części dramatu wymowy naiwnego pacyfizmu. Pokazała, zdaje się, w najbardziej możliwie bliski Arystofanesowi sposób konkretną sytuację z dziejów wojen.
Część trzecia wreszcie przenosi realia w bliżej nieokreśloną przyszłość. Tu znów w prostej formie została przedstawiona scena, w której po muzeum, tym razem nieurojonych eksponatów, profesor oprowadza grupkę swych studentów – jak można domniemywać antropologów kultury lub kogoś w tym rodzaju. Zadawane przez nich pytania, przyglądanie się publiczności, obserwacja i próba zrozumienia przeszłości są najważniejszym celami poznawczymi, jakie chce się osiągnąć, kształcąc młode pokolenie. Kluczową zdaje się być sytuacja, która zachodzi w tej właśnie części przedstawienia.
Profesor prezentuje w niej swym studentom zasiadającą na widowni publiczność jako archeologiczne znalezisko. To już nie my oglądamy eksponaty w muzeum historii naturalnej, ale to my sami jesteśmy eksponatami. Dociekliwe, a tak przecież przezabawne i ironiczne pytania studentów o szczegóły owych eksponatów są kluczem do zrozumienia warstwy historiozoficznej, której gdyńskie przedstawienie pozbawione nie jest, tyle że ukrytej dość głęboko i słabo czytelnej. Publiczność najwyraźniej nie wiedziała, jak zareagować na ten, co by nie powiedzieć, gorzki, sarkastyczny nawet, ale jakże doniosły w całym przedstawieniu moment. Ze spokojnej, toczącej się z wolna obserwacji i wymiany informacji (świetnie wkomponowany w to element ironii z wiedzy wikipedycznej, którą posiada jedna ze studentek) wyłania się gorzka prawda o śmieszności i pretensjonalności naszej współczesności – niezrozumiałej, niepojętej dla przyszłości. W nieco moralizująco wyrażonym zakończeniu przedstawienia Pszczołowskiej dobitnie została pokazana prawda o wojnie, ale nie tylko. Równie silnie wybrzmiewa tu prawda o braku relacji międzyludzkich i prawda o kłamstwie, które jak „diabeł w ornat się ubiera i na mszę ogonem dzwoni”. W mojej ocenie w tym swego rodzaju zapędzie moralizatorskiej oceny naszej współczesności, w której toczy się wojny z powodów nie tylko zachłanności, przekroczona została granica, kiedy padają słowa o Bogu wymyślonym, pozostającej tylko w głowach ludzkich idei religijnej – jednym słowem o „Bogu urojonym”. No cóż. O ile prawdą jest, że wojny na tle religijnym są największym chyba dramatem w dziejach ludzkości, o tyle trudno przejść obojętnie wobec stwierdzenia, że wiara jest tylko wymysłem, zaprzątającym głowę i popychającym do wojen.
I tak oto w przedstawieniu Pszczołowskiej zatacza się koło historii. Rozpoczyna się od charakterystycznej dla naszej współczesności cynicznej promocji kłamstwa, wykorzystującego autentyczną historię sprzed tysiącleci. Dalej poprzez przypomnienie starożytnej prostoty, szczerości wyrażenia intencji, aż wreszcie po czasy odległej przyszłości, charakteryzującej się uniformizmem, zanikiem indywidualności, a nawet rozróżniania płci. Ta przyszłość jest wprawdzie bez wojen, ale jest jednocześnie nijaka, bez wyrazu, bez emocji, bez uczuć.

W gdyńską premierę Lizystraty wielką energię włożył zespół aktorski – aż siedemnastu artystów zostało zaangażowanych w realizację tego przedstawienia. I trzeba przyznać, że w znacznej swej większości role, jakie zaprezentowali, były udane i bardzo dobre. Szkoda tylko, że ani na stronie teatru, ani w programie nie wyszczególniono, kto gra jaką postać. Nie wszystkich bowiem artystów udaje się precyzyjnie przypisać do konkretnej roli, nie mówiąc już o tym, że w ogólne nie ma wykazu postaci, są tylko wymienieni aktorzy.
Docenić trzeba też inne elementy przedstawienia. Doskonale są ze sobą i tematyką utworu zharmonizowane muzyka, wizualizacje, efekty dźwiękowe, światła i choreografia, choć w zakresie tej ostatniej mamy do czynienia z delikatnym nadmiarem. Chodzi o wydłużony i niekoniecznie mający sceniczne uzasadnienie taniec buntujących się starożytnych bohaterek pod przywództwem Lizystraty. Ten rodzaj intermezza, bo za takie ów taniec należy uznać, wydaje się być zbędny. Intermezzo to ani nie nasyca jakąś dramaturgią, ani niczego nie interpretuje, nie rozluźnia napięcia, nie wprowadza do nowej sceny itd. Podobnie rzecz ma się z kostiumami. Świetnie zaprojektowane, „ilustrują” bohaterów, są ich wizytówką – zwłaszcza w wymiarze psychicznym; odtwarzają relacje danej postaci z innymi. Kontrowersje wzbudzają kostiumy starożytnych Greków i Greczynek. Można je uznać za wyraz archaizacji. Mają wyraźnie komunikować, że mamy do czynienia z artefaktem starożytności, chociaż tak bardzo aktualnym i odnajdującym się we współczesności, jak i posiadającymi swe interpretacyjne echo w fikcyjnej przyszłości. Niemniej dziwi estetyka kostiumów postaci z antycznej komedii. A dziwi z pobudek estetycznych. Całuny Greków są po prostu wyzywającym anachronizmem. Grecy wielbili ciało i jego piękno, a na scenę wypuszcza się zombi. Nadto Lizystarta i jej towarzyszki mają wabić swych mężów pięknem ciała i pięknem strojów, po cóż więc te łachmany (choć może lepiej powiedzieć, że całuny), w które je się odziewa? Nie widać dla tego rozwiązania żadnego uzasadnienia.
A jaki jest główny przekaz, sens utworu? Bo to, że temat najwyraźniej się rozjeżdża na kilka równoległych torów – historia z dziejów starożytnych, której przypisuje się uniwersalne znaczenie – to nie wszystko. Równie dobrze możemy powiedzieć, że jest to trójopowieść scalana wspólnym mianownikiem o dość niejasno zarysowanym problemie. Chodzi w nim zarówno o wulgarnie, jak u Arystofanesa, przedstawiony seksualizm, władający człowiekiem, jak też o morfologię wojen i wreszcie rozmycie kulturowe. Najsłabiej chyba jest w nim zaakcentowane, w niemal zanikowej, szczątkowej formie zaledwie uobecnione to, o czym tak „głośnio” pisze się w zapowiedziach przedstawienia, programie itd., a chodzi o czułość. Jest to utwór bez wątpienia ciekawy, w czytelny sposób, można by powiedzieć, konwencjonalnie przedstawiający ważkie spostrzeżenia na temat przemian kulturowych, w których ostatecznie gubi się człowiek jako osoba i podmiot historii. Rozpaczliwie usiłująca przerwać działania wojenne tytułowa bohaterka skutecznie wprawdzie doprowadza do konsensusu pomiędzy walczącymi stronami, ale ani ona, ani jej armia zbuntowanych kobiet nie zazna czułości. Tej subtelnej relacji pozbawione są wszystkie postaci dzieła Zdenki Pszczołowskiej, każda z nich na swój sposób doświadcza tego braku. I autorka gdyńskiego przedstawienia z rozmysłem ten właśnie „komunikat sceniczny” zakodowała w swej Lizystracie.
Warto obejrzeć to przedstawienie, a przy tym zastanowić się nad diagnozą, stawianą przez autorkę, która nie tylko tekst przygotowała, ale zręcznie go wyreżyserowała.

Lizystrata, czyli strajk kobiet Dramaturgia i reżyseria: Zdenka Pszczołowska; tłumaczenie tekstu Arystofanesa: Olga Śmiechowicz; scenografia Anna Oramus; kostiumy: Magdalena Mucha; światło: Klaudyna Schubert; muzyka: Andrzej konieczny, Myra Ida van der Veen; choreografia: Oskar Malinowski; wizualizacje: Maja Szerel. Teatr Miejski im. W. Gombrowicza w Gdyni (Duża Scena), premiera 17 lutego 2024.

Lizystrata, czyli kosmos na scenie

Takie spotkania fantastyki naukowej z kulturą głównego nurtu zdarzają się niezwykle rzadko. Z jednej strony pomysł umieszczenia wydarzeń starogreckiej komedii teatralnej dawno temu, w odległej galaktyce wydaje się stosunkowo prosty, z drugiej jednak rozsupłanie węzła inspiracji, interpretacji i nawiązań, jaki...

Czytaj więcej

Lizystrata, czyli kosmos na scenie

Takie spotkania fantastyki naukowej z kulturą głównego nurtu zdarzają się niezwykle rzadko. Z jednej strony pomysł umieszczenia wydarzeń starogreckiej komedii teatralnej dawno temu, w odległej galaktyce wydaje się stosunkowo prosty, z drugiej jednak rozsupłanie węzła inspiracji, interpretacji i nawiązań, jaki powstał ma scenie Teatru Miejskiego w Gdyni to zdecydowanie niełatwe zadanie. Ostrzegam – spoilery popłyną za chwilę wartkim eseistycznym nurtem i, zaczynając, nie mam jeszcze pojęcia dokąd wraz z nim dopłyniemy.

Od źródła: reżyserka i dramaturżka Zdenka Pszczołowska podjęła się wystawienia na scenie Teatru Miejskiego im. Witolda Gombrowicza w Gdyni starożytnej komedii Arystofanesa pod tytułem Lizystrata. Nie jest to tekst objęty kanonem lektur, ale też nie całkiem zapomniany. Napisana została w trakcie trwania wieloletniej wojny peloponeskiej, a dokładnie w 411 roku przed naszą erą. Opisuje fikcyjny strajk kobiet po obu stronach frontu, które postanowiły odmawiać seksu swoim mężom i w ten sposób zmusić ich do zawarcia pokoju. To anegdotyczne streszczenie właściwie wystarcza współczesnym odbiorcom, bo żartów dotyczących seksualności nie brakuje nam na co dzień, więc po co jeszcze mielibyśmy sięgać po starożytne (o nadziewaniu kobiet na rożen).

Bieg górny – wartki dyskurs

Lizystrata, jako dramat, ma swoje lata. Podobnie do niedawna było także z jej tłumaczeniami. Niektóre, szczególnie te spolszczone, gdzie imię tytułowej bohaterki brzmi Gromiwoja i Bojomira, brzmią po prostu groteskowo. Nie byłoby więc spektaklu, gdyby nie nowy przekład, którego podjęła się Olga Śmiechowicz. Na tym etapie kulturowy dyskurs nabiera tempa, a nurt eseju staje sie wartki i zachodzi erozja. Krytycy tego przekładu twierdzą bowiem, że jest on wulgarną parafrazą zbyt daleko odbiegającą od oryginału. Z drugiej strony tłumaczka akcentuje konieczność uwspółcześniania tekstu i tworzenia adekwatnych kulturowych kontekstów. Z pewnego dystansu stwierdzić zaś można, że skoro już było grzecznie, to można dla odmiany spróbować wyżłobić w zastanym krajobrazie, nową dolinę. W efekcie bohaterowie klną jak na Mazurskiej Nocy Kabaretowej i znaczna część żartów sprowadzona jest mniej, więcej do tego poziomu. Arystofanes z niedostępnego klasyka schodzi pod strzechy, a właściwie ląduje tam na statku kosmicznym.

Bieg środkowy – powstają meandry

Czas wyjaśnić o co chodzi z tym kosmosem i skąd pomysł by tekst o starożytnym dramatopisarzu pisać na stronie Polskiej Fundacji Fantastyki Naukowej. Otóż, jak deklaruje zespół Teatru Miejskiego: kulturowa odległość tekstu inspiruje nas, by go jeszcze bardziej oddalić – poza ziemską atmosferę – i dotknąć uniwersalnych niepokojów ludzkości. Co więcej, już pierwsza scena spektaklu dzieje się w naszej niedalekiej, bliżej nieokreślonej, przyszłości. Na Ziemię sprowadzone zostały właśnie (ogromnym wielkim wysiłkiem NASA) artefakty obcych, do których przylgnęło miano starożytnych kosmitów. Zostały one zbadane i udostępnione do oglądania w Narodowym Muzeum Kosmogonii, Kosmologii i Seksualności (w skrócie NMKKiS). Trwają przygotowania do wernisażu wystawy Semantyka i sensoryka na księżycu L4 w gromadzie S.E.X.

W sferze nawiązań do fantastyki i nauki dzieje się na scenie zaskakująco dużo. Kuratorka wystawy (bardzo udany epizod Beaty Buczek-Żarneckiej) opowiada o eksponatach, zaś naukowczyni (Elżbieta Mrozińska) przedstawia historię życia na księżycu L4 (od esktremofilów do istot humanoidalnych), wyjaśniając przy tym paradoks Enrico Fermiego. Pojawia się też wątek konspiracyjnych zarzutów, że historia życia na ksieżycu L4 została przekłamana. W pewnym momencie dochodzi do zamachu (to akurat zdecydowanie najsłabszy moment spektaklu).

Z Narodowego Muzeum Kosmogonii, Kosmologii i Seksualności (w skrócie NMKKiS) przenosimy się w przeszłość – obserwujemy, co zaszło w historii starożytnych humanoidów, czyli wystawiany jest inspirowany Arystofanesem tekst Olgi Śmiechowicz. Bieg eseju skręca tu zaś nieoczekiwanie w stronę rozważań estetycznych. Na tym etapie bowiem zaszło na scenie coś, co według mnie świadczy o ogromnym wyczuciu (lub researchu) autorki projektów kostiumów Magdaleny Muchy. Nurkujemy tu już nie tylko w archeologię tekstu, ale i w historię estetyki filmów science-fiction, do archaicznych z punktu widzenia współczesnego odbiorcy, lat 60. Obserwowanie wszystkich nagle jednocześnie obecnych na scenie Teatru Miejskiego światów, dostarczyło mi prawdziwej przyjemności.

Bieg dolny – charakteryzuje się małym spadkiem zwierciadła

Dramat Arystofanesa ma wymowę pacyfistyczną. Fontanna dosadnych, rubasznych żartów związanych z tym, jak bardzo podczas seksualnego strajku mężczyźni pragną kobiet, a i one chętnie by się wymknęły ze świątynnego wzgórza, gdzie protestują, ma jasną wymowę: make love not war. Reżyserka i dramaturżka postanawia dodatkowo podbić go dodaną na końcu sceną, w której skaczemy do jeszcze dalszej przyszłości, w której to my (widownia) stajemy się eksponatami – reliktami przyszłości. Młodzi studenci nie rozumieją, jak można było się ubierać tak jak my (choć tu akurat sami wcale nie wyglądają lepiej), nie znają takich pojęć jak wojna, terytorium i religia. Ich tożsamość płciowa nie ogranicza się wreszcie do męskiej i żeńskiej (choć w sferze języka określającego osoby niebinarne, nie dodają niczego nowego).

Jak widać, potok wywodu eseisty niebawem zakończy się ujściem do kulturowego oceanu, w którym to od dekad toczy się, nacechowana lekkim wyrzutem, dyskusja o tym, jak to (niesłusznie) kultura głównego nurtu patrzy z góry na fantastykę. Zdenka Pszczołowska i dyrekcja Teatru Miejskiego w Gdyni, spektaklem Lizystrata budują w tej przestrzeni interesujący pomost, do którego dokładam niniejszym i swoją cegiełkę.