Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza w Gdyni
Logo Teatru Miejskiego w Gdyni

Dorota Lulka laureatką Sztormu Roku! Gratulacje!!!

Od połowy lat dziewięćdziesiątych aktorka Teatru Miejskiego w Gdyni, w tym czasie stworzyła wiele wybitnych kreacji, jednak, po Piaf, to właśnie Tulla Pokriefke w jej wykonaniu jest absolutnym majstersztykiem aktorskim pod każdym względem. Począwszy, od znakomitego odnalezienia się, dzięki charakteryzacji, w nowym ciele tej charyzmatycznej staruszki, poprzez dopracowany ruch sceniczny, na brawurowym języku, wykreowanym specjalnie na potrzeby roli, kończąc. Przechodząc niesamowitą metamorfozę zbudowała postać ocalonej z katastrofy Gustloffa fanatyczki, która wprawia w ruch całą akcję sceniczną.

KULTURALNE SZTORMY 2012 (zdjęcia)

(…) a parę ról jest znakomitych - z Dorotą Lulką, wściekłą hitlerówo-stalinówą w masce siwiutkiej babuleńki na czele.
Jacek Sieradzki, Pod pokładem, „Zwierciadło” nr 7, 10-07-2012

(…) Główną postacią noweli jest znana z "gdańskiej trylogii" Grassa Tulla Pokriefke, która znalazła się wśród nielicznych uratowanych. Po wojnie była w NRD przodownicą pracy, stalinowską nadgorliwością przesłaniała nieprzezwyciężoną traumę utraty stron rodzinnych. Jej syn - urodzony tuż po katastrofie - jest oportunistycznym dziennikarzem w RFN, a wnuk - faszerowany przez babkę ciągłymi opowieściami o katastrofie - staje się neonazistą i zabójcą. (…) Tulla Pokriefke, znana z poprzedniej powieści Grassa, lekkomyślna, szalona dziewczyna w zaawansowanej ciąży, przedostała się jedną z kilku szalup ratunkowych na torpedowiec "Loewe'", gdzie tej tragicznej, lodowatej nocy przyszedł na świat jej syn Paul. Nigdy nie powiedziała, kim był jego ojciec, ale codziennie prawie wspominała katastrofę większą niż "Titanica", w której zginęło "tylko" 1500 osób. Swemu synowi stale opowiadała o "ciałach skutych lodem", "martwych dzieciaczkach pływających główkami do dołu" i o tym, że zagłada "jej" statku była największą w dziejach cywilizacji, a nikt o niej nie chce mówić, tak jakby jej nie było. Wierzyła, że syn, którego, nastolatka, przeszmuglowała do Berlina Zachodniego - sama została w NRD-owskim Schwerinie, rodzinnym mieście Wilhelma Gustloffa, gdzie pracowała w fabryce produkującej meble dla Związku Radzieckiego - powie światu całą prawdę o katastrofie, o cierpieniach ludzi i o tym, jak wspaniałym przywódcą dla ludzi był Führer (…) Dojrzałą Tullę Doroty Lulki można określić jako kreację. Zbudowaną przede wszystkim ze słów Niemki, która mówi po polsku z silnym niemieckim akcentem, przekręcając wyrazy i składnię, ale sens jej słów pozostaje czytelny. Aktorka bez egzaltacji buduje drobnomieszczańską mentalność prostej kobiety, nie pozbawionej inteligencji i życiowego pragmatyzmu. Oszczędny gest i stonowany głos uwiarygodniają tragiczne przeżycia i trudne doświadczenia bohaterki, tak że trudno odmówić jej prawa do takiego właśnie widzenia własnego losu. Tym bardziej widać konsekwencje, do jakich doprowadziła, składając depozyt pamięci w ręce młodego chłopca, co przerosło jej wyobraźnię i polityczną, i moralną. W czasie rozprawy sądowej przyzna się do kupienia pistoletu od radzieckiego żołnierza z wycofującej się po 1989 roku jednostki i powie przerażona o zabitym Dawidzie jego zrozpaczonym rodzicom: "Ni wiedziała, że on fałszywy Żyd beł".
Elżbieta Baniewicz, Na widnokręgu, „Twórczość” nr 12, 17.12.2012

(…) Dorota Lulka tworzy w Idąc rakiem wyśmienitą, zapadającą w pamięć kreację. Jej Tulla to niesamowita mieszanka dziecinnej naiwności i ogromnej nienawiści, to postać tragiczna, której życie w pewien sposób zakończyło się wraz z zatonięciem "Wilhelma Gustloffa". Lulka buduje postać oszczędnie i szalenie precyzyjnie, unikając efekciarskich chwytów i nadekspresji. Świetnie też sobie radzi z trudnym, "gwarowym" tekstem - pochodząca z Kociewia bohaterka powieści Grassa do końca życia nie opanowała biegle niemieckiego akcentu.
Mirosław Baran, Historia bez Polaków „Gazeta Wyborcza Trójmiasto” nr 112, 15.05.2012

(…) I jest wreszcie nadzwyczajna Dorota Lulka jako dorosła Tulla. Gdańszczanka, chwaląca führera, potem przodownica pracy w DDR, potem obywatelka wolnych Niemiec, wyposażająca wnuka w rewolwer, kupiony od jakiegoś sowieckiego sołdata. Nie do zdarcia, nie do zatłuczenia, choć z pozoru to miła, posiwiała staruszka. Głupio się przyznać, ale początkowo pani Doroty nie poznałem, do tego stopnia stopiła się z rolą. Nadzwyczajne.
Jarosław Zalesiński, Gustloff czasów Breivika, „Dziennik Bałtycki” nr 112, 15.05.2012